Pokazywanie postów oznaczonych etykietą j-rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą j-rock. Pokaż wszystkie posty

2/25/2014

Magia świąt [Kamijo x Kaya]


Para: Kamijo x Kaya
Gatunek: romans
Komentarz: Taka przyjemna, krótka historia, skupiająca się głównie na Kayi i wydarzeniach po Tokyo Decadence z 2011 roku. Bez podtekstów, erotyki itd xD 


           Śnieg już stopniał i zima dobiegała końca, ale powietrze nadal było chłodne, a wiatr często przeszywał skórę milionami maleńkich igiełek. Idąc do ulubionej kawiarni blisko centrum, zakopałem się w gruby, wełniany szalik na tyle, że tylko oczy i burza brązowych loków wychodziły na wierzch. Ściągano już lampki z drzewek, zmieniano wystawy sklepowe. Sezon świąteczny dobiegł końca już jakiś czas temu, ale lampki wisiały jeszcze do teraz. W końcu póki był śnieg tworzyły taki magiczny klimat. 
Westchnąłem w duchu na te słowa. Jeszcze kilka tygodni temu nie powiedziałbym tak, czy raczej przeklinał to określenie. Tak bardzo się cieszyłem, że to jednak prawda, że ta magia istnieje i wcale nie jest czarna. 

Wszedłem do środka kawiarni, gdzie uderzyło mnie ciepło i przyjemny zapach kawy i pieczonych ciastek. Poczułem się głodny. W rogu, za odgradzającymi poszczególne stoliki wysokimi, prawie jak ja, murkami siedział Kamijo. Odruchowo uśmiechnąłem się na jego widok. Ubrany w codzienny strój, którym i tak zachowywał wszelkie normy estetyki i elegancji, siedział wsparty na dłoniach, w których trzymał czerwony szalik. Zrobił sobie z niego poduszkę. To był taki uroczy widok. Sam szalik przywołał we mnie kolejne wspomnienia związane z minionym okresem. 
Starając się nie zwrócić jego uwagi podszedłem do niego i pocałowałem go w odsłonięty kark. 
- Dzień dobry kochanie - powiedziałem cicho.

Kamijo podniósł głowę i spojrzał na mnie śpiącym wzrokiem, ale jego twarz rozświetlił piękny uśmiech.
- Kaya-chan. Znów się spóźniłeś - odpowiedział, ale nie było w tym oskarżenia. Raczej radość z tego, że jest jak zawsze, że przewidział moje zachowanie.

Usiadłem obok niego i oparłem głowę o jego ramię.
- Piłeś już kawę? - zapytałem patrząc na niego wielkimi brązowymi oczyma, zadzierając lekko głowę do góry.

- Nie, czekałem na ciebie. Przecież razem mamy zjeść śniadanie - powiedział spokojnie i pocałował mnie w czoło odgarniając włosy.

Poczułem jak ciepło jego ust rozchodzi się po całym moim ciele. Przymknąłem oczy. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że ciągle mam na sobie płaszcz i szalik. Zrobiło mi się gorąco. Podniosłem głowę i z nadal zamkniętymi oczami zacząłem rozpinać guziki.
Usłyszałem cichy śmiech, a potem poczułem jak jego palce, pomagają moim sprawniej uporać się z rozpinaniem płaszcza. Otworzyłem oczy i spojrzałem na jego twarz. Patrzył na guziki, skupiając się w tej chwili tylko na nich.

- Gotowe - powiedział w końcu i spojrzał mi w oczy - No dalej, daj płaszcz i siadaj, a ja pójdę zamówić nam śniadanie - poprosił.

Przesunąłem się na krawędź skórzanego siedziska, wysuwając nogi spod stolika i wstałem. Zdjął i odwiesił mój płaszcz, a potem przedzierając się zwinnie pomiędzy stolikami i  krzesełkami ustawionymi w nieładzie na środku lokalu, podszedł do blatu i zaczął rozmawiać z młodą ekspedientką. Ewidentnie próbowała go poderwać. Widać było, że wpadł jej w oko i chciała go zagadać, uśmiechając się zalotnie. Pokręciłem głową. Biedna dziewczyna, nie ma pojęcia z kim zaczyna.

Usiadłem przy stoliku zdejmując swój szalik i wziąłem do ręki ten należący do Kamijo. Dałem mu go na święta. Przyłożyłem go do twarzy zaciągając się jego zapachem i przymknąłem oczy. 

*~*~*~

         Siedziałem jak co roku na jednej z ławeczek ustawionych wzdłuż deptaku i czekałem z niecierpliwością na ten najważniejszy, tak długo wyczekiwany moment. Uwielbiałem ten dzień, tą chwilę. Miałem wrażenie, że właśnie wtedy cała magia zostaje uwolniona, wznosi się w powietrze ponad ludźmi a potem opada, wpadając prosto w ich serca. Uśmiechnąłem się do siebie. 
Spoglądałem to na ogromną choinkę ustawioną centralnie na środku, to na drzewka, na których grupa mężczyzn poprawiała światełka. Wokół było mnóstwo ludzi, rozbrzmiewały świąteczne melodie, a w powietrzu unosił się zapach pierników, pomarańczy, grzanego wina, dolatujący z pobliskich budek i straganów. 
Obok mnie usiadła jakaś para, przez co poczułem się nieco niezręcznie, ale starałem się nie patrzeć w ich stronę. Wmówiłem sobie, że nic nie zepsuje mi dzisiaj nastroju, nawet to, że nie mam z kim spędzić tych świąt.
Patrzyłem na choinkę i starałem się wymusić na światełkach by już się zapaliły. Im dłużej czekałem, tym bardziej ogarniało mnie przygnębienie. 
No dalej, proszę... Włączcie je zanim całkiem się rozkleję, zanim mój podły nastrój wróci...
Były dla mnie symbolem jakieś nadziei. Wierzyłem, że wraz z ich pojawieniem się, wszystko co złe zniknie. 
Znikną troski i smutki. Przygnębienie. Znikną bolesne wspomnienia. Zniknie ta twarz, która prześladuje mnie od dłuższego czasu. 

W końcu. Najpierw rozświetlono uliczki w koło, światełka zapalały się od końca tak, jakby promień światła zmierzał z jakiegoś odległego miejsca, prosto na choinkę. Idealnie zgrane światła w jednej chwili dotarły do choinki, która rozbłysła wtedy milionami maleńkich lampek. Była tak duża, że musiałem zadzierać głowę ku niebu, by dojrzeć gwiazdę na szczycie. Piękna. Cudowna. 
Moje serce ogarnęło ciepło. Poczułem się lepiej. Patrzyłem na drzewko, na połyskującą gwiazdę na szczycie, na tle ciemnego nieba. 

- Kaya-chan? - usłyszałem obok i przeszedł mnie dreszcz. Ten głos... 

Powoli, jakby niechętnie spuściłem głowę i spojrzałem w stronę rozmówcy. 

- Nie sądziłem, że spotkam kogoś znajomego w tym tłumie - dodał radośnie - Podtrzymujesz tradycję. Cieszę się - uśmiechnął się do mnie, a ja poczułem, jak ciepło z mojego serca znów odpływa. Jak obrazy, których chciałem się pozbyć, znów wracają niczym bumerangi. Ta twarz, o której chciałbym zapomnieć, znajduje się teraz przede mną. 

Całą magię świąt, w jednej chwili trafił szlak. A może ta magia wcale nie doleciała do mnie? Może tylko mi się wydawało. Może nie zasługuję na nią. Stwierdziła, że ktoś taki jak ja, nie ma prawa korzystać z tej mocy.

- Wszystko w porządku? - zapytał mnie i wtedy zorientowałem się, że stoję z miną męczennika i nie odzywam się ani słowem.

- Tak - tylko tyle udało mi się wydusić. Starałem się zachowywać w miarę normalnie, nie okazywać niczego, co mogłoby w jakiś sposób odzwierciedlać mój wewnętrzny stan.

- Co robisz na święta? - spojrzałem na niego z grymasem bólu na twarzy, ale szybko go ukryłem. Czy on nie ma o co pytać? 
Ale w końcu mamy okres przedświąteczny, stoimy obaj w centrum jarmarku, pod wielką choinką, więc czego ja się spodziewałem...?

Siedzę w domu sam, z moimi kotami i oglądam jakąś mega smutną dramę, wylewając łzy w tonę chusteczek, jedząc lody czekoladowe i pijąc grzane wino, aż będzie mi niedobrze albo zmęczę się i zasnę...
- Przyjeżdża moja siostra - odpowiedziałem zamiast tego. Było to oczywiście kłamstwo. Ale przecież nie powiem mu prawdy. Już i tak uważa, że jestem beznadziejny. Nie ma co go w tym utwierdzać. 

- To wspaniale - odpowiedział, ale odniosłem wrażenie, że mi nie wierzy. Jednak nie miałem zamiaru się tym przejmować - Ja w sumie nie mam planów. Myślałem, że zorganizujemy coś z chłopakami, ale chyba wszyscy są zajęci... - odezwał się po chwili. 

Czyżbym dostrzegł smutek w jego głosie? Prośbę o to bym zaproponował mu, żeby wpadł do mnie? Nie, nie. To tylko moja wyobraźnia, która nie powinna się teraz wcale odzywać. 
Patrzył na mnie jakby czekał aż coś powiem, ale ja nie odzywałem się ani słowem. Z resztą co miałbym mu powiedzieć?

- Na pewno dobrze się czujesz? - zapytał z troską. 

- Jestem trochę zmęczony. Powinienem już wracać do domu.
Jak na zawołanie zaczął padać śnieg i to dosłownie tak, jakby tylko nad nami, ktoś trzepał puchowe poduchy, z których prosto na nas leciał biały pył. 

- Chodź. Odprowadzę cię kawałek - oznajmił i pociągnął mnie za kurtkę za sobą. Całe szczęście ręce miałem wsadzone w kieszenie. 
Ruszyłem za nim, bez słowa. Wolałem nie wdawać się w dyskusje. On też przez większość drogi milczał.

- Nadal jesteś na mnie zły, prawda? - odezwał się dopiero niedaleko mojego mieszkania - Kaya, ja... - zerknąłem na niego. Wzrok miał wbity w ziemię, ściągnięte czoło, jakby za wszelką cenę chciał wyrzucić coś z siebie, ale nie znał słów mogących to wyrazić - Wiem, że przepraszanie nic nie da, ale... Nie daje mi to spokoju - spojrzał na mnie i w tym momencie ja odwróciłem wzrok patrząc na swoje buty - Nie chciałem by tak wyszło. Przecież wiesz, że nigdy nie chciałem i nie chcę twojej krzywdy, ani tego byś cierpiał. Tym bardziej przeze mnie... 

Błagam, nie zaczynaj tej rozmowy... - prosiłem go w myślach. Nie miałem ochoty znów tego przeżywać, znów rozdrapywać tych ran, które w miarę upływu czasu się zabliźniały.
- Kamijo... - wymówiłem jego imię, ale dopiero po kilku sekundach dotarło to do mnie, gdy usłyszałem własny głos. Zacisnąłem dłonie w pięści, ciągle trzymając je w kieszeniach. Zapomniałem co chciałem powiedzieć.
Poczułem na sobie jego wzrok.
- Nie wracajmy do tego - rzuciłem zbyt chłodnym głosem, którego ton zaskoczył nawet mnie, a dla niego był pewnie jak policzek wymierzony w twarz. 

- Przepraszam... - odezwał się znów po dłuższej chwili, słabym głosem, pełnym żalu. 

Odprowadził mnie pod blok i życzył zdrowia na święta. Całe szczęście nie powiedział "wesołych świąt". Po naszej rozmowie i biorąc pod uwagę obecne nastroje, to byłoby głupie. 
Zerknąłem za nim jak odchodził w mrok ulicy. Potem pobiegłem do siebie i zamknąłem się w domu. 

Nie wychodziłem przez kolejne dni. Nie miałem na nic ochoty. Koty przychodziły do mnie czując, że jest mi źle, ale nie były w stanie poskładać mojego serca, które znów się rozpadło. Niczym zombie przemieszczałem się między sypialnią a kuchnią, sunąc nogami, nie przejmując się koszmarnym wyglądem i bałaganem. Nie patrzyłem w lustro by nie dołować się jeszcze bardziej. Nic nie było w stanie poprawić mi nastroju. 
Zacząłem wątpić, a nawet nienawidzić świąt, całego tego zamieszania jaki wywołują. 
Magia? Jaka magia? Chyba czarna... 
Jakoś nie czułem by było lepiej. Przeciwnie. Po spotkaniu z nim jest jeszcze gorzej. Sądziłem, że uporałem się z tym choć w małym stopniu, na tyle by móc normalnie funkcjonować. Ale jednak się myliłem. Tylko mi się wydawało, że jest inaczej. 
Zerknąłem na drzwi i zobaczyłem nawrzucane pod nimi reklamy i gazetki promocyjne. Spojrzałem na kilka leżących na wierzchu.
Czas radości. 
Otwórz swoje serce. 
Najpiękniejszy okres w roku. Jednoczmy się.
Brzmiały hasła wypisane pogrubionymi, wielkimi literami, rzucającymi się w oczy. Miałem ochotę je spalić, ale zamiast tego otworzyłem tylko drzwi i kopiąc je, wyrzuciłem je na korytarz, zatrzaskując drzwi za sobą. 
Poszedłem do salonu, bo nagle cisza panująca w koło zaczęła mnie drażnić. W głowie słyszałem głos wypowiadający podobne słowa jak te hasła z reklam, przeplatające się ze słowami Kamijo.

- Powinniśmy wybaczyć wszystkie winy naszym wrogom. To najlepszy do tego okres. Nie wolno wchodzić w nowy rok z nienawiścią - rozbrzmiał głos w telewizji. Momentalnie skrzywiłem się - Należy porozmawiać. Teraz, w tym okresie, w sercu każdego tli się iskra nadziei i przebaczenia. Jeśli tylko się postaramy, spróbujemy przede wszystkim, to na pewno nam się uda. Dlatego musimy... - wyłączyłem to, bo zrobiło mi się duszno i niedobrze. 

Mam wybaczyć? Zapomnieć? Tylko, że nie potrafię. Bo jak można wymazać z pamięci coś takiego... 
Osoba, którą kochałem, której ufałem, wykorzystała mnie i upokorzyła. Co z tego, że był pijany. To żadne usprawiedliwienie. Zrobił to. Zmusił mnie do tego. Na oczach tylu ludzi!
Poczułem łzy wzbierające we mnie. Powróciły wspomnienia z tamtego wieczoru. Impreza halloweenowa. Klub pełen ludzi. Umawialiśmy się tylko na ugryzienie w szyję w ramach funservisu. Po zakończeniu śpiewania utworu, miał to zrobić, że niby zmienia mnie w wampira. Ale on... On... 
Łzy spłynęły mi po policzkach. Dotknąłem swoich ust.
Pocałował mnie wtedy. Tak zachłannie, brutalnie, na siłę. Nie spodziewałem się tego, byłem w kompletnym szoku i nie potrafiłem zareagować. Poza tym... Co mogłem zrobić, stojąc na scenie przed tłumem wiwatujących ludzi, którym najwyraźniej się to spodobało? Jemu też, ale nie myślał o tym co zrobił. 
Ja za to otrzeźwiałem w jednej chwili i miałem ochotę zapaść się pod ziemię i płakać. Zachowałem jednak pozory, cudem dotrwałem do końca koncertu i uciekłem przed nimi do domu. 
Hizaki wiedział doskonale o co chodzi. Podobno zrobił Kamijo taki wykład, że mu się odechciało wszystkiego i nie odzywał się do niego przez ponad tydzień. 
A ja? Ja nie umiałem sobie z tym poradzić. Sam nie wiem co najbardziej mnie bolało. Czy to, że zrobił to na oczach tylu ludzi, czy to, że zrobił to tak nachalnie i po pijaku, czy w końcu to, że po jakimś czasie stwierdziłem, że nie było tak źle i moja furia w jaką potem wpadłem była niepotrzebna, a przynajmniej nie musiała być aż taka. Może przesadziłem. Nie dałem mu nawet się wytłumaczyć, dojść do słowa. Nie chciałem go widzieć. A później, jak mi przeszło, było już za późno. 

Teraz jak go spotkałem nie potrafiłem znieść jego obecności. Jedna część mnie rzuciła by mu się na szyję i nigdy nie pozwoliła odejść, a druga wyciąga na wierzch wszystkie brudy, wszystkie jego wady i wmawia mi, że nie jest tego wart, jak to będzie wyglądać, jak nagle zmienię zdanie.
Zarzekałem się, że nie odezwę się do niego nigdy w życiu, a już na pewno do niego nie wrócę. 

Resztę dnia spędziłem oglądając dramy, jedząc lody czekoladowe i wypłakując łzy w chusteczki, które walały się wszędzie wkoło kanapy. Było tak, jak przewidziałem. 

           Następnego dnia podjąłem próbę wyjścia z domu, ale tylko dlatego, że nie miałem już co jeść. Jednak jak ujrzałem pary chodzące po uliczkach w świetle lampek, odbijających się od białego puchu rozścielonego wkoło, zwątpiłem. Kupiłem co trzeba i uciekłem do domu. I znów powtórka. Dramy. Lody. Łzy. Chusteczki. Aż zmęczony zasypiałem na kanapie. Jest ze mną naprawdę źle. 

                Dwa dni później, czyli dzień przed wigilią, postanowiłem pójść do centrum handlowego i kupić prezenty dla Gomy i Uniego. W końcu moje skarby nie są niczemu winne. Oni mnie chociaż nigdy nie zostawili. Moje dwa czarne koty, moje dzieci, są zawsze ze mną, bez względu na wszystko. Należy im się to. 
Z taką myślą ogarnąłem się by wyglądać względnie dobrze i wyszedłem na miasto. Było południe, bo oczywiście zanim się zebrałem, minęło kilka godzin. 
Chodziłem po sklepach, oglądając mnóstwo pięknych rzeczy. Poprawiło mi to nieco humor. Kupiłem dla siebie też prezent. Tak, wiem. To głupie samemu sobie dawać prezent, ale skoro nie ma kto tego zrobić, to co ja na to poradzę. A chciałem choć trochę poczuć się lepiej. Może to mi w tym pomoże. Poza tym, kiedy zobaczyłem ten szalik... taki milutki, piękny, czerwony! To było jak mała porcja radośni. Musiałem go kupić. 

Na zewnątrz zdążyło się zrobić ciemno. Postanowiłem wejść do kawiarni na pasażu i napić się czegoś ciepłego, zanim znów wyjdę na ten mróz. Zamówiłem gorącą czekoladę. A co. Mam gdzieś kalorie i to że ostatnio nic nie robię tylko napycham się słodyczami, sądząc że mi to pomoże. Jakie to żałosne.
Usiadłem przy stoliku i wypiłem ją powoli. I tak mi się nie spieszy. Nie mam do czego się spieszyć. 
Kiedy skończyłem wstałem i założyłem płaszcz i gruby szalik. Owinąłem się nim szczelnie, a na myśl o mrozie przeszedł mnie dreszcz. 
Stoliki przed kawiarnią, tam gdzie siedziałem, otoczone były parawanami, przystrojonymi świątecznymi dekoracjami, a wejście stanowił metalowy łuk, który zdawał się uginać pod ciężarem łańcuchów ze sztucznego świerku. Spuściłem głowę zapinając ostatnie guziki przez co nie zauważyłem, że wpadłem na kogoś w przejściu. Dokładnie pod tym łukiem. Kawiarnia była prawie pusta. W końcu kto normalny przesiaduje w galerii zamiast siedzieć w domu i piec pierniki?
Podniosłem wzrok i zwątpiłem po raz drugi. 

- Kaya-chan? - był jeszcze bardziej zaskoczony niż ostatnio. Uśmiechnął się lekko, a ja poczułem łzy w oczach - Jesteś sam? - rozejrzał się. 

- Tak... - odpowiedziałem i spuściłem wzrok. No to po raz drugi, moja nadzieja przepada. Już mi nawet czerwony szalik nie pomoże. Sto takich szalików by mi nie pomogło... 
Westchnąłem ciężko. Powinienem go odsunąć i odejść, ale zamiast tego stałem tam nieruchomo, jakbym na coś czekał, liczył na coś. Tylko na co?

- Kaya-chan... - odezwał się znów, tym razem nieco ciszej. 

Lubiłem jak tak do mnie mówi. Niepewnie podniosłem wzrok na niego. Wskazywał coś nad nami. Uniosłem lekko głowę, zerkając na to i dostrzegłem jemiołę. Wisiała idealnie nad nami. Nie widziałem jej wcześniej. Drobne kuleczki lśniły od światła wkoło. Nie rozumiałem czemu, ale chciało mi się w tym momencie płakać i nie potrafiłem tego powstrzymać.
Poczułem jak jego twarz zbliża się do mojej, a zanim zdążyłem zareagować on mnie pocałował. Delikatnie, czule, z utęsknieniem. 

Ujął moją twarz w dłonie i otarł łzy, które spłynęły na policzki. 
- Są święta, nie możesz płakać - powiedział do mnie - Odwiozę cię do domu, dobrze? Tylko kupię tu ciastka - uśmiechnął się i skinął na kawiarnię - Lepszych nigdzie nie ma. 

Nie miałem pojęcia o tym, że to jego ulubione miejsce, słowo daję. Byliśmy ze sobą zbyt krótko bym zdążył dowiedzieć się wszystkiego. A mimo to ucieszyłem się w duchu.
Kamijo wziął mnie za rękę, nie chcąc puścić. Nie miałem siły protestować i znów nic nie mówiłem, zastanawiając się co teraz będzie. 
Odebrał zamówione wcześniej ciastka, a potem wziął też moje torby i zabrał mnie do samochodu. Pojechaliśmy pod mój blok.

- Dasz sobie radę? - zapytał jakby szczerze w to wątpił i nawet liczył, że poproszę go o pomoc, ale nic takiego się nie stało - Pozdrów siostrę - dodał, więc zerkając na mnie.

Spojrzałem na niego, w jego oczy i znów się rozpłakałem. Co on ze mną zrobił? Nie potrafię nawet na niego patrzeć i nic nie czuć. A teraz czuję tylko żal i chcę by to się skończyło, by mnie przytulił i...
I w tym momencie poczułem jego ramiona wokół siebie. Nie wiem jak to możliwe, że nagle pojawił się obok, tak szybko, ale nie myślałem o niczym innym. Było mi ciepło, tak dobrze. Nie chciałem by mnie zostawiał. Przymknąłem oczy i przytuliłem go mocno. 

Widząc, że się nie bronię, nie mam zamiaru go odtrącać znów ujął moją twarz, unosząc do góry i pocałował mnie. 
A może to jest ta magia? Może to nie było przekleństwo, może właśnie dzięki niej się to stało? Nie rozumiałem już nic, ale w tej chwili chciałem tylko jego. Jego ciepła. Jego bliskości. Jego pocałunków.

*~*~*~

- Kaya-chan... - usłyszałem głos Kamijo tuż obok siebie i poczułem znów na sobie jego usta, tak jak chwilę wcześniej - Śpiąca królewno, śniadanie wystygnie - dodał radośnie.

Otworzyłem oczy i zorientowałem się, że zasnąłem leżąc na jego szaliku. Że to we śnie wróciły te wspomnienia. Znów poczułem się szczęśliwy. Tak bardzo się cieszę, że tak to się skończyło.
Objąłem go mocno za szyję.

- Udusisz mnie kochanie - wyszeptał, ale objął mnie i przytulił do siebie - Widzę, że podoba ci się mój szalik - dodał z uśmieszkiem.

- To jest mój szalik - wyszeptałem w jego szyję.

- Jak to? To ja go dostałem... Więc jest mój.

- A ty czyj jesteś? Mój. Więc szalik też - odpowiedziałem, a on zaśmiał się cicho i pocałował mnie we włosy.
Kocham go. Zawsze kochałem i zawsze będę. Ma swoje fanaberie i wady jak każdy, ale nauczyłem się przez to wszystko by nie uciekać od razu, by starać się wszystko wyjaśnić. Poza tym, od tamtej pory już nigdy nie dał mi powodu, bym musiał od niego odejść.

12/15/2013

YAOI: Złe dobrego początki [Yohio x Linder] Part 3

Gatunek: yaoi, romans, komedia
Para: YOHIO x Linder (solo/zespół Seremedy)

Część 3


          Obudził ich dźwięk, wydobywający się z telefonu Lindera, leżącego gdzieś w sąsiednim pokoju. 
Yohio poruszył się, a potem nakrył głowę poduszką, przyciskając ją rękoma.
- Ja się nie ruszam. I nigdzie nie idę – powiedział mało wyraźnym, stłumionym przez materiał głosem.
Lin otworzył oczy i spojrzał na niego z uśmiechem. Przez okna, do pokoju wpadały promienie światła słonecznego. Musiało być już południe, skoro słońce jest tak wysoko. Spojrzał na zegarek. Wskazywał kilka minut po jedenastej. Pocałował młodszego w ramię, który uparcie przytrzymywał poduszkę, a potem wstał i ruszył do salonu. O ile dobrze pamięta, to tam powinien być jego telefon.
Sygnał oczywiście urwał się, zanim go znalazł. Ale gdy spojrzał na wyświetlacz, chcąc dowiedzieć się, kogo tak nagle naszło, na poranne rozmowy, rozległ się kolejny dzwonek. Na ekranie pojawiło się zdjęcie z podpisem „Fredrik”.
- Już się za mną stęskniłeś, Fred? – zapytał z uśmiechem odbierając połączenie.
- Chciałbyś – usłyszał ochrypły głos kolegi – Zginął Kevin, podobno nie dotarł do domu z festiwalu. Miałeś go dostarczyć pod drzwi. Gdzie on jest? I dlaczego, do cholery, ma wyłączony telefon? – zaczął zadawać kolejne pytania, ale Lin już ich nie słuchał.
- Spokojnie, nic mu nie jest – odparł w końcu, przerywając mu i spojrzał na drzwi, w których stanął właśnie Yohio. Był w samej bieliźnie i patrzył na niego z dziwnym grymasem.
Podszedł i zabrał mu telefon, a potem przyłożył sobie do ucha.
- Cześć Fred. Nie martwcie się o mnie, wracając, źle się poczułem i poprosiłem Lina, by mnie przenocował. Jego mieszkanie było bliżej. Mówiłem wam, że mam słabą głowę i nie powinienem pić – uciął, a głos w słuchawce, który wcześniej coś mruczał, nagle zamilkł. Yohio doskonale obrócił całą sytuację na swoją korzyść, dodatkowo obwiniając o wszystko kolegów, namawiających go do wypicia alkoholu.
Linder przyglądał się jemu nie dowierzając, jak łatwo przyszło mu kłamanie o tym, co się stało.
- Więc jesteś teraz z Linderem? U niego?
- Tak. Zaraz zadzwonię do ojca i powiem mu gdzie jestem. Przepraszam was za kłopot i całe to zamieszanie.
- Spoko, ważne że nic ci nie jest. A jak się czujesz? Już lepiej? - widać, że miał wyrzuty sumienia.
- Tak. Dzięki. 
- W takim razie, do zobaczenia na próbie. 
- Ok, do zobaczenia.
Rozłączył się. Jego twarz od razu zmieniła wyraz. Był przygnębiony. Lin podszedł do niego i przytulił go. 
- Nie wróciłeś na noc, to chyba normalne, że się martwią?
- Nie jestem małym dzieckiem.
- Oczywiście. Ale mogłeś im dać znać, szczególnie ojcu, że zostaniesz u mnie. Na pewno się martwi, czy nie stała ci się krzywda.
- No jasne - uśmiechnął się gorzko - Każdy by się martwił, jakby nie wiedział co się dzieje, z jego inwestycją – powiedział z ironią – Bardziej martwi się o to, bym nie zrobił czegoś głupiego, czegoś co zagrozi karierze, niż tego, że może mi się coś stać – dodał niby obojętnym tonem, ale Lin zauważył, jak bardzo bolą go te słowa.
Objął go mocniej i pocałował we włosy.
- Okazuje to na swój sposób, ale cię kocha – próbował jakoś, go pocieszyć.
- Nie broń go! – odsunął się nagle od niego. Podszedł do stolika, odłożył telefon Lina, a wziął swój.
Usiadł w fotelu, podciągając kolana do góry. Oparł na nich telefon i zaczął naciskać kolejne miejsca, na dotykowym ekranie. Lin przyglądał mu się ze smutkiem.
- Wyślę mu wiadomość, nie chcę z nim rozmawiać. 
Napisał krótką, rzeczową informację, gdzie jest i że wróci wieczorem. Potem wysłał ją, a telefon rzucił na kanapę.
- Mam nadzieję, że nie wie, gdzie dokładnie mieszkasz? – zapytał i spojrzał na perkusistę.
- Raczej nie – odpowiedział i poczuł chłód. Dopiero teraz zorientował się, że zostawił otwarte okno. W pokoju było zimno. Zamknął je, a potem odwrócił się i znów spojrzał na Yohio. Siedział skulony w fotelu – Chodź, zjemy coś – podszedł, wyciągając do niego rękę.
Młodszy uśmiechnął się. Podał mu dłoń i razem poszli do pokoju. Ubrali się, a potem zabrali się za śniadanie.

          Yohio zrobił dla nich herbatę. Wziął dżem i zaczął smarować sobie kanapkę. Nagle wpadł na pewien pomysł. Wsadził palec do słoiczka z truskawkowym dżemem i użył go, niczym błyszczyk, na usta. Potem spojrzał z wielkim uśmiechem na Lina, który starał się jak może, robiąc jajecznicę. Zerknął na młodszego i zaśmiał się. Jedną ręką mieszał zawartość patelni, a drugą wyciągnął, przyciągając do siebie Yohio. Złożył na jego truskawkowych ustach pocałunek, zlizując przy tym dżem. Młodszy zaśmiał się dźwięcznie. 
- Hej! Bo się pali! – pisnął i zerknął mu przez ramię. 
Zaczęli ratować nieco przypaloną już jajecznicę.
- Zje się – podsumował Yohio i znów zaczął się śmiać. Lin kochał go takiego jeszcze bardziej.
Nakryli do stołu, wymieniając pocałunki, za każdym razem, gdy mijali się w ciasnej kuchni.
Usiedli z zamiarem zjedzenia śniadania i zaspokojenia, domagającego się już jedzenia, głodnego brzucha, który, przynajmniej w przypadku młodszego, głośno informował o swoim stanie.

Usiedli naprzeciwko siebie. Lin był szczęśliwy, jak nigdy. To chyba najlepszy dzień w jego życiu. Obserwował radosnego partnera, który wygłupiał się tak, jak zwykle. Wszystko wracało do normy, miał nadzieję, że nie będzie już musiał oglądać jego smutku i łez. Przynajmniej nie dzisiaj, ani w najbliższym czasie. 
Zadzwonił telefon Yohio, ściągając ich z powrotem na ziemię, z ich pięknego idealnego świata, w którym na chwilę się zamknęli.
- Zapomniałem go wyłączyć – spojrzał przepraszająco na Lina i wstał od stołu. Pobiegł do salonu. 

Lin nie słyszał całej rozmowy. Ale co jakiś czas, Yohio podnosił głos. Kiedy wrócił miał łzy w oczach, a kilka z nich, nawet zdążyło spłynąć na jego policzki. Oparł się o futrynę, opuszczając ręce bezradnie wzdłuż ciała. Linder poderwał się z krzesła.
- Co się stało? – zapytał zły na tego kogoś, kto doprowadził do łez jego ukochanego. Dotknął jego policzka i otarł łzy.
- Dzwonił ojciec. O 15 mam udzielić wywiadów. Powiedział, że jak się nie zjawię za chwilę w domu, sam tu po mnie przyjedzie – spojrzał na niego smutno. Lin zauważył też w jego oczach strach, ale szybko zniknął, bo Yohio doskonale to ukrywał.
- Zawiozę cię za chwilę. Ale najpierw zjemy, chodź, bo zimne jest niedobre. – pociągnął go do stołu. Posadził sobie na kolana i podsunął mu jego talerz bliżej.
- Odechciało mi się jeść – odparł krzywiąc się, na widok jedzenia i tylko oparł głowę na ramieniu Lina – Chciałbym zostać z tobą.
- Wiesz, że to niemożliwe. Ja też bym chciał, żebyś spędzał ze mną każdą chwilę. Obiecuję, że niedługo znów się spotkamy – objął go jedną ręką – Zjedz, chociaż trochę – poprosił i w tym momencie odezwał się też brzuch młodszego, który najwyraźniej popierał ten pomysł – Widzisz, woła o jedzenie – uśmiechnął się, kiwając na jego brzuch.
Yohio, chcąc nie chcąc, uśmiechnął się odruchowo. Nie schodząc z kolan Lina, wziął widelec i zjadł swoją porcję. 

Wyszli z mieszkania i ruszyli na parking za blokiem. Wsiedli do samochodu i Lin odwiózł Kevina pod dom. Zatrzymał się na podjeździe i spojrzał na niego. Ten pochylił się i zasłaniając ich dłonią, od strony przedniej szyby, pocałował go w usta, nieco dłużej niż powinien, w miejscu publicznym. 
Oderwał się od niego i odsunął na miejsce. Otworzył drzwi, ale zanim wysiadł zerknął na perkusistę.
- Zadzwonię wieczorem, dobrze? - zapytał.
- Ok. Opowiesz mi jak było – uśmiechnął się – Uważaj na siebie i nie przejmuj się niczym.
Kiwnął głową z lekkim uśmiechem. 
- Kocham cię – powiedział po japońsku, by tylko Lin zrozumiał jego słowa, wypowiedziane z głębokim uczuciem.
Lin zaśmiał się tylko, pomachał mu, a potem odjechał do domu.

***

- I co? Chyba nie było tak źle? – zapytał Lin, kiedy młodszy zadzwonił do niego wieczorem.
Leżał sam, w sypialni, oglądając jakiś mecz, z wyciszonym głosem w telewizorze. Czuł się beznadziejnie. Pustka jaka wypełniała go, kiedy nie był z Yohio, stała się teraz bardzo widoczna i doskwierała mu przez cały dzień, tylko przybierając na sile. Zastanawiał się, jak mógł wcześniej tak żyć.
- Nie było źle. Ale szczerze mówiąc, cały dzień czekałem tylko na tą chwilę – powiedział i dało się wyczuć, że się uśmiecha.
- Ja też – odparł Lin, siląc się na radosny ton. Cieszył się, że go chociaż słyszy, ale co to za pocieszenie. Mieszkają niedaleko od siebie i żeby nie mogli się spotkać?! Dobijało go to jeszcze bardziej.
- A ty, co robiłeś ciekawego? – próbował jakoś podtrzymać rozmowę, która wcale się nie kleiła. 
Obojgu było ciężko. Nie zdążyli się sobą nacieszyć. To tak, jak pozwolenie zasmakować wolności, trzymanemu na uwięzi zwierzęciu i bardzo szybkie zabranie go, z powrotem do szarej rzeczywistości. Nie mogło im to na długo wystarczyć i bez przerwy wyczekiwali choćby krótkiej chwili, gdy znów będą razem. Dusili w sobie to uczucie tyle czasu, a kiedy okazało się, że obaj czują to samo, każe się im cierpieć, bo nie mogą być razem. 
- Nic nie jest ciekawe, jak ciebie tu nie ma – wymsknęło się Linderowi. Wcale nie chciał powiedzieć tego na głos i tym samym, bardziej dobić ukochanego.
Zapadła cisza. Trwała dłuższą chwilę.
- Jutro mamy próbę, może przyjdziesz? Potem razem gdzieś pójdziemy – zapytał z nadzieją Yohio. Jego głos był jeszcze bardziej przygnębiony.
- Postaram się, ale rano idę do pracy, więc jak coś, dopiero po czwartej – nie chciał mu robić zbędnych nadziei, a potem go zawieźć tym, że jednak nie da rady. 
- Dobrze. Na pewno nie skończymy wcześniej.
Znów cisza, która robiła coraz bardziej uciążliwa. Przerwał ją dopiero cichy, tłumiony by pozostać niezauważonym, szloch.
- Yohio…– głos Lina załamał się, był pełen bólu. Miał ochotę wstać, pojechać tam i zabrać go do siebie. Ukryć przed światem i nie pozwolić nikomu się do niego zbliżać. Tak, to egoistyczne, ale nie mógł znieść jego smutku i płaczu. Chciał go przed tym chronić.
- Przepraszam – powiedział cicho i niewyraźnie, próbując się uspokoić, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Lin przymknął oczy, nie był w stanie tego słuchać. To on jest poniekąd winny, tej sytuacji. Gdyby Yohio był sam, gdyby nie dowiedzieli się o swoich uczuciach, teraz by nie płakał. Nie tęsknił. 
– Po prostu chciałbym się do ciebie przytulić, a nie siedzieć sam, w wielkim, pustym pokoju, który tylko mnie bardziej dobija. Przecież i tak nie będę ćwiczył, bo nie mam nastroju! – dodał, drżącym głosem, a ostatnie zdanie wypowiedział znacznie głośniej niż wcześniejsze, jakby chciał, by ktoś inny, będący w domu, je usłyszał.
Linder nie zastanawiał się długo nad jego słowami. Zerwał się z łóżka i nawet nie przebierając się, nie zważając na to, czy wygląda dobrze, czy źle, porwał kurtkę i wyszedł z mieszkania.
- Zaraz będę – rzucił tylko i się rozłączył. Może to zbyt pochopna decyzja, może ktoś coś sobie pomyśli. Nie ważne, nie obchodziło go to, w tej chwili. Serce mu pękało, gdy słuchał słabego i smutnego głosu młodszego i kiedy wiedział, że jest mu źle. 

***



Zadzwonił do jego drzwi. Otworzył ojciec Kevina.
- Linder? A co ty tu robisz? Yohio czegoś zapomniał? – zapytał zaskoczony jego obecnością.
- Tak – podłapał, sam by chyba nie wpadł na to, że można w tej chwili, właśnie coś takiego powiedzieć – Jest u siebie? Mogę wejść? 
- Tak. Ćwiczy na górze. Musi trenować przed premierą. – zaznaczył takim tonem i z takim akcentem, by Lin wiedział, że ma mu nie przeszkadzać, bo w tym momencie właśnie to jest najważniejsze.
- Oczywiście, ja tylko na chwilę – odparł, a kiedy mężczyzna go przepuścił pobiegł szybko na górę.

           Wpadł do pokoju młodego i zamknął drzwi, opierając się o nie i przymykając oczy. Nie sądził, że AŻ TAKA atmosfera panuje w tym domu. Chciał go stąd zabrać, ale przecież nie może. Yohio jest jeszcze niepełnoletni. Musi poczekać do lipca. Miał rację mówiąc, że „to będzie straszna męka”.

Yohio jak tylko usłyszał kroki na schodach poderwał się z fotela. Kiedy Lin oparł się o drzwi, dopadł do niego i wtulił się, chowając twarz w jego kurtkę. 
- Błagam cię, nie zostawiaj mnie tu, nie odchodź zbyt szybko – wyszeptał, wyrzucając z siebie słowa z prędkością światła.
Serce Lina waliło jak młot. Czuł się jak złodziej, jak przestępca, ktoś, kto musi ukrywać się z tym co robi. Tak źle nie było nawet wtedy, gdy palił papierosy w sekrecie przed rodzicami. Chociaż tego chyba nie można nawet porównywać.
- Dobrze – pogładził go po głowie i plecach – I obiecuję, że jutro się spotkamy, najwyżej urwę się z pracy. Zadzwonisz mi albo napiszesz, jeśli będziecie kończyć szybciej – powiedział cicho, nie chciał by ktoś ich słyszał. Nie sądził, by ojciec Kevina, mógł ich podsłuchiwać, ale wolał mimo wszystko nie ryzykować. 
Yohio podniósł głowę i przyciągnął twarz Lina do swojej. Pocałował go z takim utęsknieniem, jakby nie widzieli się bardzo długo, a nie zaledwie kilka godzin.
Lin rozluźnił się odrobinę i odwzajemnił pocałunek. Chciałbym zatrzymać czas. Z trudem powstrzymywał się, by nie zacząć całować jego szyi, nie zacząć zdejmować mu ubrania. Młodszy wcale mu tego nie ułatwiał. Przerwał na chwilę wtulając twarz w jego włosy. Serce znów mało mu nie wyskoczyło z piersi, ale tym razem, nie brało się to ze zdenerwowania, a podniecenia.
- Spokojnie. Tutaj nie możemy posuwać się tak daleko. - wyszeptał ledwo słyszalnym głosem, prosto do jego ucha. Pocałował go w policzek, a potem pociągnął za sobą. 
Usiedli razem na łóżku. Yohio oparł głowę o jego ramię. Wziął rękę i wplótł swoje palce, w jego. Wystarczyło mu to. Przymknął oczy.
- Chyba już dzisiaj darujesz sobie trening, co? Nie możesz się katować. Przecież po to macie próby, żeby się zgrać – dodał cicho i pocałował go we włosy. Drugą, wolną dłonią odgarnął mu kilka kosmyków z twarzy.
- Będę musiał, jeszcze chwilę, zanim pójdę spać. Dziękuję, że przyjechałeś. Ta mała chwila, wystarczy mi i pozwoli przetrwać do kolejnego spotkania – mówił nie otwierając oczu.
- Musiałem przyjechać. Gdyby nie to, że nie masz jeszcze osiemnastu lat, porwałbym cię – powiedział poważnym głosem, ale zaraz uśmiechnął się, bo młodszy podniósł głowę i spojrzał na niego, najpierw nieco zaskoczonym wzrokiem, a potem z szaleńczą iskrą.
- To wcale nie głupie, udać, że ktoś mnie porwał, na przykład dla okupu – odparł z szaleńczym uśmiechem.
- Daj spokój, żartowałem tylko. Obejdzie się bez tego – zaśmiał się.
Yohio też się uśmiechnął. Choć nie do końca zrezygnował z tego pomysły. To mógłby być taki plan awaryjny. Kiedy będzie naprawdę źle.

Lin posiedział jeszcze chwilę, a potem zszedł na dół, żegnając młodszego pocałunkiem.
- Do widzenia i dobranoc – zawołał będąc przy drzwiach.
- Dobranoc – odpowiedział mu ktoś, z wnętrza wielkiego domu, a raczej echo tego kogoś, bo słowa doleciały do Lina zewsząd. Westchnął i ruszył do auta.
Zanim wsiadł, zerknął na dom. Niestety okna Yohio były z tyłu. 
Taki piękny, wielki dom. Wydawałoby się, że mieszka w nim radosna, kochająca się rodzina. Ale tak naprawdę, był on pełen smutku, ciszy i chłodu. 
Z żalem odjechał i wrócił do siebie. Ciągle czuł na sobie zapach perfum ukochanego, to go podnosiło nieco na duchu i tylko dzięki temu, jakoś przeżył tę noc w samotności.

__________
Poprzednie części:
1 | 2 | 3 |

12/01/2013

YAOI: Złe dobrego początki [Yohio x Linder] Part 2

Gatunek: yaoi, romans, komedia
Para: YOHIO x Linder (solo/zespół Seremedy)

Część 2


          Było już bardzo późno. Nie zwracali nawet uwagi, która jest godzina. Leżeli przytuleni do siebie, przykryci cienkim materiałem pościeli. Linder trzymał Yohio w ramionach i gładził jego nagie plecy. Ten skulił się i wtulił w niego, przyciskając policzek do jego piersi. Czuł bicie jego serca. Na początku szybki, głośny rytm, teraz zdawał się być spokojny i delikatny. 
- Spodziewałem się czegoś innego.. To znaczy.. Myślałem, że.. – zaczął Yohio niepewnie, cichym głosem, który łaskotał przyjemnie skórę perkusisty. Nie umiał powiedzieć tego, o czym myślał. Może trochę się wstydził. 
- Myślałeś, że pójdziemy na całość. – zaśmiał się cicho Lin, widząc jego zmieszanie – Nie kochanie. Nie zrobimy tego dzisiaj, ani w najbliższym czasie. Chciałem po prostu poczuć twój dotyk. Mieć cię blisko siebie. To nie jest odpowiedni moment. Może już nie jesteśmy aż tak pijani, jak kilka godzin temu, ale... Nie chciałbym, by cokolwiek zaburzało nam przeżycie tej chwili i by decyzja o tym, była zbyt pochopna. Poczekamy, aż oboje będziemy gotowi. Kiedy nie będzie to skutek odreagowania, czy upicia się - mówił gładząc jego delikatną, idealnie gładką skórę - Chcę, by była to nasza wspólna decyzja, podjęta z pełną odpowiedzialnością. To ważny moment, dlatego.. myślę, że warto zaczekać.
- Lin... – nie wiedział co powiedzieć. Podniósł się lekko, objął go i pocałował – Jesteś najlepszą osobą jaką znam! Inni, pewnie by wykorzystali okazję. A ty martwisz się tym, jak później będziemy na to patrzeć. Czy czasem mnie nie skrzywdzisz i czy jestem na to gotowy.. – uśmiechnął się i przytulił perkusistę, oplatajac mu ręce wokół szyi. Lin pocałował go we włosy, które nie sterczały już w różne strony, jak wcześniej, a opadały wzdłuż twarzy młodszego – Przecież powiedziałem ci, że tego chcę. Myślałem, że jestem ci obojętny. Ale teraz wiem, że tak nie jest. – osunął się niżej i znów leżał na jego piersi. Ale tym razem twarzą do niego. Patrzył swoimi, wielkimi, niebieskimi oczami spod jasnych kosmyków – Kocham cię. Chcę być z tobą - powiedział i uśmiechnął się.
- Cieszę się.. – odparł radośnie i odgarnął kilka kosmyków, by odsłonić jego oczy. Cieszyły się i błyszczały w nikłym świetle, wpadającym przez okno – Ale powinna to być niezapomniana chwila i taka będzie, obiecuję... I tak to, że jesteśmy teraz tutaj, razem.. w takim położeniu, znacznie bardziej nas do siebie zbliża i naprawdę wiele dla mnie znaczy. Nigdy nawet o tym nie marzyłem. Wystarczał mi twój uśmiech i to, że czasem byłeś blisko. 
- Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym? Nie pokazałeś, że ci zależy.. Nie wiedziałem. A przecież.. Ojej.. - zmieszał się - A ja ciągle zaczepiałem innych.. Ale wiesz, to były żarty.. – zaczął się tłumaczyć - Chociaż zdaję sobie sprawę, że musiało cię to boleć.. – posmutniał. Podniósł się i usiadł na łóżku. Zaczął skubać materiał pościeli, którym byli okryci.
- To nic.. – usiadł obok i pocałował go, przerywając mu – Nie mówiłem nic, bo nie wiedziałem, czy to cię nie wystraszy. Poza tym nie chciałem się z tym ujawniać. Mieliśmy i tak sporo innych problemów.
- Nie uważam tego za problem.. – wyjaśnił i uśmiechnął się łobuzersko. Był wtedy jeszcze piękniejszy.
- Tak. Ja też. – uśmiechnął się, nie tylko na jego słowa, ale też patrząc na jego twarz, skąpaną w promieniach księżyca, patrzącą na niego z czułością i radością - Ale inni ludzie, całe nasze otoczenie, może nie tyle chłopaki, bo oni by pewnie się ucieszyli, ale cała reszta.. Oni nie są gotowi na przyjęcie takiej informacji. – dodał poważniejąc.
- Więc co teraz będzie..? – zapytał młodszy.
- Nic. Będzie dokładnie tak samo, jak dotychczas.. – wyjaśnił Lin.
- Co? – aż podskoczył. Spojrzał na niego zaskoczony i zmarszczył brwi.
Linder westchnął.
- Nie możemy się z tym ujawnić… Nadal będziesz zaczepiał wszystkich, których zechcesz, będziesz się wygłupiał, śmiał, żartował, przytulał.. – wymieniał i widać było, że nie jest to dla niego łatwe. W końcu przerwał na chwilę i przymknął oczy – Ja będę dobrym przyjacielem, trzymającym się na boku, jak zawsze. Tylko kiedy będziemy sami, będziemy mogli być sobą i robić wszystko, na co mamy ochotę. Tak będzie najlepiej – otworzył oczy, ale nie spojrzał na Yohio, patrzył w dół na pościel.
- Nie chcę tego.. – powiedział i założył ręce. Miał naburmuszoną minę, jak niezadowolone dziecko.
- Ja też. Ale nie mamy innego wyjścia. 
- Wyjedziemy do Japonii.. Po premierze albumu. - odparł, mając nagle pewną, optymistyczna wizję ich wspólnej przyszłości.
- Tu nawet nie chodzi tylko o zwykłych ludzi, bo mało mnie obchodzi, co ktoś o mnie myśli. No z wyjątkiem ciebie – spojrzał na niego i uśmiechnął się - ale przede wszystkim twoich fanów Yohio. Oni nie chcą, by ktoś im cię odebrał.
- To co, nawet nie mogę cię przytulić? Pocałować? To nie fair… 
- No przytulić, może czasem.. – uśmiechnął się Lin, widząc jego zachowanie, nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Mimo, że będzie im teraz ciężko, cieszył się na ich wspólne chwile. Nawet jakby miało być ich niewiele – Ale tylko w formie żartu. Tak jak innych – dodał zaraz i poczochrał mu włosy dłonią, śmiejąc się.
Yohio spojrzał na niego, mało zadowolony i bynajmniej nie chodziło o włosy. Dopiero, co dostał możliwość zbliżenia się do Lindera, a już jest mu to odbierane.
- Potem sobie wszystko odrobimy.. Jak będziemy sami.. – powiedział i przytulił go, przyciągając do siebie. Objął go ramionami opierając jego plecy na sobie. Pocałował go w ramię, a potem w szyję – Ja też teraz, nie będę w stanie zbyt długo wytrzymać, bez ciebie i twojego dotyku.. – wyszeptał. 
Młodszy przymknął oczy i oparł głowę o ramię Lina, odwracając twarz lekko w jego stronę. 
- To będzie straszna męka.. – powiedział cicho. 
Lin uśmiechnął się gorzko. To prawda, ale póki co.. Nie miał zamiaru marnować ani chwili. Pocałował młodszego w usta. Najpierw delikatnie, a potem coraz bardziej namiętnie, wsuwając język między jego miękkie wargi, które błagały o więcej. Dłońmi gładził jego brzuch i piersi. Musiał się nim nacieszyć, na zapas.

***

Warcus i Fredrik wysiedli jednak przy barze, zamiast jechać do domów. Po kilku kolejkach, byli na tyle pijani, że nie myśleli nad tym, co mówią.
- Wiesz.. On mnie strasznie kręci.. - powiedział Fredrik wypijając zawartość szklanki.
- Kto? - zapytał trochę nieprzytomnym głosem.
- No Kevin.. 
Warcus zaśmiał się i przez chwilę, nie mógł opanować.
- Co cię tak śmieszy?
- Przecież masz dziewczynę.. 
- No i co.. Nie może mnie kręcić, bo mam dziewczynę? - teraz on się zaśmiał, ale nieco inaczej, gorzko.
- Ty mówisz poważnie? - nagle przestał się śmiać i spojrzał na niego z dziwną miną.
- Mówię, że lubię, gdy tak się przy mnie kręci, zaczepia i nie pozwala oderwać od siebie wzroku.. 
- Wiesz co.. Chodź.. Idziemy do domu.. - pociągnął go kręcąc głową i śmiejąc się jeszcze bardziej. 

Wyszli z baru i ruszyli uliczką, co jakiś czas zataczając się, gdy któryś tracił równowagę. Zimno jakie nagle poczuli, nieco ich otrzeźwiło, ale dalej nie kontaktowali się za bardzo. Jeden ciągle się śmiał, podczas gdy drugi przeżywał swoje odkrycie miłosne. 
- Jesteś głupi! - powiedział w końcu Warcus - Takich żartów, to się nie spodziewałem.
- To nie są żarty, a skoro tak myślisz, to sam jesteś głupi.. 
- Nie żarty? Ok.. Jutro ci o tym przypomnę.. Bo chyba masz słabszą głowę niż ja.. - wybuchnął kolejną salwą śmiechu.
- No i zobaczymy.. - powiedział stanowczo Fredrik, jakby rzucono mu wyzwanie - Zobaczymy kto się będzie wtedy śmiał.. 
- Zakład? - wyciągnął do niego rękę.
- O co? - spojrzał na kumpla podejrzliwie.
- Może... O to, że go nie pocałujesz? Ale nie tak jak on czasem nas.. Tak prawdziwie, namiętnie.. Jak z tą swoją..
- Ok.. - przerwał mu i uścisnął dłoń, na znak przyjętego zakładu - Jak wygram stawiasz piwo przez pół roku.
- A jak ja wygram? 
Wzruszył ramionami.
- Nie wygrasz.. Dobrze wiesz, że to zrobię - uśmiechnął się pewny siebie Fredrik. Oczy mu błyszczały.
- Akurat.. Jak wygram to wymyślę ci karę.. To będzie coś strasznego. - zaśmiał się znów, ale tym razem nieco szaleńczo.
Kawałek szli razem, a potem rozeszli się, każdy w stronę swojego domu.

__________
Poprzednie części:
1 | 2 |

11/10/2013

Moja lista przebojów 1


        Kocham muzykę, dlatego też postanowiłam co jakiś czas, dzielić się różnymi hiciorami jakie znajduję, na jakie mam fazę w tej chwili. Często niektóre z nich mogą lecieć w tle na blogu, ale zwykle mam ich tyle, że nie wiem co wybrać xD Dlatego też będę tworzyła listy, na których zamieszczę różne tytułu, różnych gatunków. 


Oto pierwsza z moich list. Na każdej będzie 13 kawałków z różnych gatunków. 
Ja akurat słucham wszystkiego, więc na listach nie będą pojawiały się tylko spokojniejsze, popowe kawałki, ale też rock, metal, rnb, i inne. 

Jeśli macie ochotę to polecajcie w komentarzach inne utwory, ja chętnie też posłucham czegoś, czego być może nie znam :)
__________
Inne listy:
1 | 2 | 

11/05/2013

YAOI: Złe dobrego początki [Yohio x Linder] Part 1

Tytuł: Złe dobrego początki.
Gatunek: yaoi, romans, komedia
Para: YOHIO x Linder (solo/zespół Seremedy)

Część 1

       Melodifestivalen to wielkie wydarzenie i szansa, dla muzyków, którzy chcą wybić się i pokazać na europejskim rynku muzycznym. Zrobić krok w przód, w swojej karierze, w swoim życiu. To szansa na to, że zostaną zauważeni, przez producentów, innych artystów, którzy później zechcą z nimi współpracować. Szansa reklamy własnej grupy, nazwiska. 
Cała Szwecja żyła nim w ostatnich tygodniach. W lutym zaczęły się eliminacje, a w marcu miał odbyć się wielki finał. Wszyscy niecierpliwie czekali na to wydarzenie. W końcu to właśnie tego wieczoru, na tym festiwalu, miał zostać wybrany przedstawiciel Szwecji, do konkursu Eurowizji. Spośród trzydziestu dwóch różnych artystów, grup, wybrano dziesiątkę, która miała zmierzyć się w finale i zdobyć główną nagrodę, jaką było reprezentowanie swojego kraju podczas Eurowizji. Wśród zakwalifikowanych artystów, był młody, solowy piosenkarz Yohio, ze swoim utworem „Heartbreak Hotel”. Wcześniej grał w szwedzkim zespole Seremedy, jako gitarzysta. Była to dla niego wielka szansa. Owszem, był już nieco znany w swoim kraju, jak i w Japonii, gdzie kiedyś koncertował z Seremedy, ale chciał, by i Europa mogła poznać jego muzykę i to, co ma do przekazania młodym ludziom. 

      Yohio należał do grona muzyków stylu visual kei. Chciał otworzyć ludzi, na nowe rzeczy, pokazać, że każdy może robić co chce, ubierać się jak chce, mieć swój styl i spełniać marzenia. Dlatego też, większość jego fanów, to nastoletnia młodzież i dzieci, ale jemu to nie przeszkadzało, jak mówił: dzieci są bardziej otwarte niż dorośli, a mogąc doświadczyć czegoś takiego, sami w przyszłości, będą mieć inne, lepsze podejście, nie tylko do takiego stylu, ale do wielu innych, ważnych spraw, będą bardziej tolerancyjni, niż obecni, dorośli ludzie, więc cieszę się, że mogę pokazać im siebie.

      W sieci prowadzono rankingi, w których fani mogli typować swoich faworytów. W większości z nich, zwycięzcą tegorocznego festiwalu miał być właśnie Yohio. Cała Szwecja zdawała się być za tym, by to on reprezentował kraj, w konkursie Eurowizji. Jednak podczas Melodifestivalen, nie tylko Szwedzi mieli prawo głosu, jeśli chodzi o wybór zwycięzcy. Międzynarodowa komisja, składająca się z europejskich przedstawicieli, z różnych państw, również mogła zagłosować na najlepszy występ. Tak więc artyści, musieli zdobyć uznanie, nie tylko publiczności i mieszkańców Szwecji, ale także osób z innych państw Europy. To było spore wyzwanie.

      Yohio denerwował się przed występem. W końcu do wielki finał, od tego zależało wszystko. Może i miał wcześniej wysokie noty, ale tym razem, trzeba zadowolić też ludzi z innych krajów. To go niepokoiło. Nie dawał tego po sobie poznać, ale wewnątrz bał się. Musiał dać z siebie wszystko, a nawet więcej. Tak wiele osób na niego liczy. Nie może przecież ich zawieść. W Japonii jego fani też na pewno śledzą jego poczynania na tym festiwalu. Momentami czuł się nieco przytłoczony, ale zaraz ożywał, na myśl, że przecież nie wychodzi na scenę po raz pierwszy, że jest dobry w tym, co robi, że ma wsparcie w przyjaciołach. Musiało się udać. Jeśli wygra, cała Europa pozna go i jego muzykę. Usłyszą ją w swoich domach, w telewizji. To byłby duży sukces, ogromny krok w jego karierze. Przecież pragnął, by jego słowa dotarły do jak największej ilości odbiorców. 
Konkurencja była poważna. Przynajmniej niektórzy artyści, byli naprawdę świetni i mogli mu zagrozić w zdobyciu pierwszego miejsca. Znał ich i bardzo lubił, ale teraz musieli odłożyć na bok swoje bliskie relacje, bo mieli się ze sobą zmierzyć w takiej „bitwie na głosy”. Yohio obawiał się Davida i Robina, którzy również mieli duże poparcie w Szwedach. Na domiar złego, podczas jednej z prób, Fredrik, jego basista, skręcił sobie kostkę. Nie było pewności, że do sobotniego finału wydobrzeje. To jeszcze bardziej stresowało młodego artystę.

       Nadszedł w końcu wielki dzień. Wydawało się, że wszystko będzie idealnie. Przebrali się w kostiumy, zrobili piękne makijaże i czekali na swój występ. Grali jako ostatni, na dziesiątej pozycji. 
To dobrze.. – ucieszył się Yohio – ludzie będą na bieżąco, zapamiętają ich najbardziej. 
Ich kolej. Yohio pojawia się wśród publiczności i przechodzi na scenę, po drodze witając fanów. Jest zestresowany, ale stara się uśmiechać i wyglądać na pewnego siebie. Kiedy wskakuje na podest rozbrzmiewa muzyka. Zaczyna śpiewać i cały stres, niepokój, go opuszczają. Uwielbia to uczucie. Czuje się wolny. Muzyka całkowicie go pochłania, przenosi się jakby do innego świata. Chłopaki dają z siebie wszystko. 
Koniec występu. Wiwat publiczności, powiewają flagi i transparenty z napisem Yohio. Schodzą ze sceny i idą na wydzielone miejsca, gdzie będą oczekiwać na werdykt. 
- Było rewelacyjnie! – odparł Marcus, gitarzysta.
- Ludzie nas kochają! Yohio, byłeś najlepszy! – zaśmiał się Fredrik.
Yohio też się ucieszył. Był dobrej myśli. Wypadli naprawdę nieźle.
Usiedli przy swoim stoliku, wśród pozostałych artystów. Fredrik i Markus stali obok rozmawiając i obserwując wielką halę. Po chwili znów powróciły obawy. Patrzyli na występy innych ludzi. Yohio złożył ręce, żeby nie zacząć miętolić stroju. Nie mógł wysiedzieć spokojnie. Linder, jego perkusista i przyjaciel, z którym grał razem w Seremedy, siedział przy nim. Cały czas wspierał go w tej najgorszej chwili, jaką było czekanie na ostateczny wynik. Mówił mu, że będzie dobrze, ale Yohio tylko czasem kiwnął, a czasem wyglądał tak, jakby nie słuchał. 
No dalej. Powiedzcie w końcu, kto wygrywa. Nienawidził, jak prowadzący specjalnie przedłużali czas odczytywania głosów, chcąc potrzymać nieco dłużej w niepewności publiczność i muzyków. Usłyszeli oficjalne podsumowanie. Yohio zdobył najwięcej głosów od mieszkańców swojego kraju, czyli Szwecji, ale mniej głosów od międzynarodowej komisji. Zajął przez to drugie miejsce. Był nieco zawiedziony, ale ukrył to od razu i podbiegł jako pierwszy z artystów, by pogratulować Robinowi, który wygrał konkurs ze swoją piosenką „You”. Był z niego dumny. Cieszył się, że wygrał. Robin ma przecież bardzo dobry głos. Należała mu się wygrana. Zasłużył na nią.
Próbował nie myśleć o tym, że tak niewiele zabrakło i jemu. Może następnym razem? – przeszło mu przez głowę i sam parsknął na tą myśl. Jakim następnym razem? Kiedy? Za rok? Był przygnębiony.

       Po festiwalu poszli na bankiet, ale Yohio miał ochotę, jak najszybciej stamtąd uciec. Robił dobrą minę do złej gry. Udawał szczęśliwego, pozował z uśmiechem do zdjęć, rozmawiał radośnie z różnymi ludźmi, ale tak naprawdę chciał się rozpłakać. Przecież drugie miejsce też jest dobre, prawda? Ale jest zaraz po pierwszym, to tak jakby ktoś powiedział: jesteś dobry, ale nie tak dobry, by zająć pierwsze. Albo: to było takie, średnie, takie pomiędzy drugim a trzecim miejscem.. Zaczął zadręczać się tymi myślami. 
Po imprezie razem z resztą ekipy wyszli na miasto. Wszyscy, poza Yohio, mieli świetny humor. Nie tylko przez zajęte przez nich drugie miejsce, ale też przez odpowiednią dawkę alkoholu, jaką spożyli. Tylko na Yohio podziałało to chyba w odwrotny sposób niż powinno i jeszcze bardziej się zdołował . Fredrik i Markus pojechali do domu chwilę później. Yohio został z Linderem. 
Wsiedli do jednej taksówki. Linder chciał odwieźć Yohio do domu, a potem pojechać do siebie.
- Nie chcę jechać do domu.. – powiedział Yohio, wciskając się mocniej w fotel i kuląc w nim. Wyglądał przez to jeszcze drobniej niż zwykle. Linder spojrzał na niego kątem oka.
- A gdzie chcesz pojechać? - zapytał. 
Yohio wzruszył ramionami.
- To był długi dzień, pełen wrażeń. Powinieneś odpocząć. Jesteś przecież zmęczony.. – dodał Linder. Yohio naprawdę wyglądał na wyczerpanego. 
- Może pójdziemy do parku? Mam ochotę się przejść.. – powiedział, nie zwracając uwagi na słowa przyjaciela i spojrzał przez szybę na mijane budynki.
Linder odwrócił twarz w jego stronę i przyjrzał mu się uważnie.
- Co jest? Nie przejmuj się, drugie miejsce też jest…
- Zamknij się.. Nie ważne.. – przerwał mu podnosząc głos. Zaraz jednak zdał sobie z tego sprawę i spojrzał na niego przepraszająco – Proszę cię.. Wysiądźmy przy parku.
Linder przekazał kierowcy informacje o zmianie planów. 

       Po chwili zatrzymali się obok wejścia do parku. Wysiedli. Yohio wsadził ręce w kieszenie kurtki. Było zimno i późno. Nikt już nie chodził po alejkach, a nawet jeśli gdzieś zobaczyli jakiegoś człowieka, to spieszył się, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłym mieszkaniu. Nikomu nie przyszło do głowy, wybierać się, w tym momencie, na spacer. Nikomu poza tą dwójką.
- Więc? Powiesz mi, co się dzieje? – zapytał Linder, kiedy już byli zupełnie sami, otoczeni tylko drzewkami i krzewami, pokrytymi gdzieniegdzie resztkami śniegu, który połyskiwał w świetle latarni. 
Yohio milczał idąc powoli alejką. Linder westchnął i złapał go za ramię zatrzymując i odwracając w swoją stronę. Wyglądał tak niewinnie i smutno. Wielka czapka zakrywała jasne włosy, które chciały spod niej wyjść. Duże niebieskie oczy, teraz dziwnie przygaszone, nie tak szalone jak zwykle, patrzyły na niego ze łzami. Coś było nie tak. Znał go już kilka lat. Yohio rzadko kiedy się złościł, czy smucił. Na pewno chodziło o konkurs, ale czy aż tak dobiło go to drugie miejsce?
Stali chwilę patrząc na siebie. Yohio w końcu spuścił wzrok. 
- Robin zasłużył na wygraną.. – odezwał się, przerywając ciszę – Był naprawdę dobry.. 
Linder nic nie mówił, chciał by przyjaciel się wygadał, ulżył sobie, wyrzucając z siebie to, co leżało mu na sercu.
- Ale nie umiem się z tego cieszyć.. – kontynuował – Uważam, że was nie doceniono..
- Nas? - zdziwił się Lin - My tam byliśmy tylko dodatkiem. To był twój wielki występ. I ja uważam, że byłeś świetny.
- Ale nie tak świetny jak Robin.. – burknął. 
- Lepszy niż on, niż wszyscy. Po prostu, nie każdy, tu mam na myśli mieszkańców Europy środkowej w szczególności, potrafi to zrozumieć. Ale jestem pewien, że zdobyłeś wielu nowych fanów i sporo ludzi o tobie usłyszało. I o tym co reprezentujesz swoim stylem. 
- Nie mogę uwierzyć, że takie kraje jak Anglia i Niemcy, dali nam tak mało punktów.. – kontynuował, jakby nie słuchał tego, co mówi Linder – Myślałem, że są otwarci na nowe, może bardziej nietypowe wizerunki, muzykę, styl.. Myliłem się..
- Posłuchaj.. – położył mu dłonie na ramionach – Z Seremedy, na początku, też było nam trudno. Mało kto popierał to, co robimy, budziliśmy niepokój, nie każdemu to odpowiadało, ale udało nam się. Podbiliśmy nawet Japonię – uśmiechnął się – Yohio, to że masz drugie miejsce, to wielki sukces. Nie powinieneś przejmować się głupią Eurowizją, tylko swoim nowym albumem, jaki niedługo wyjdzie. Zobaczysz, jak wiele ludzi przyjdzie na premierę, by spotkać ciebie i kupić płyty. 
Yohio spojrzał na niego ze łzami w oczach.
- Ja naprawdę się starałem.. To nie zależało ode mnie.. – powiedział płaczliwym głosem, ciągle ciągnąc temat.
- Oczywiście, że nie. Dałeś z siebie wszystko i każdy to wie – objął go przyjacielsko. 
- Nie każdy. Nie mam ochoty wracać do domu, ani pokazywać się jutro ludziom. Mogę zostać z tobą, proszę, jeden dzień – poprosił pociągając nosem i wtulając się w niego. 
- Jasne.. – Linder zmieszał się nieco. 
- Dzięki – powiedział cicho i skulił się, jakby chciał schować się przed światem i by to Linder go ukrył.
- Chodźmy. Kupimy jakieś piwo, czy wino i pójdziemy do mnie. Musisz się wyluzować. Już na tej imprezie wyglądałeś nieco podejrzanie. Ale myślałem, że to zmęczenie – powiedział i odsunął się od niego. Ruszyli alejką w stronę mieszkania Lindera.
- Przepraszam. Sądziłem, że nikt nie zauważy – wyjaśnił, krzywiąc się.
- Bo pewnie nikt nie zauważył.. – dodał Linder i gorzko się uśmiechnął. Nikt poza nim.
Yohio zerknął na niego, kiedy to powiedział, ale nie dodał nic.

       Po drodze weszli do małego sklepu. Kupili wino, a potem poszli prosto do mieszkania Lindera. Wyglądali normalnie, bez kostiumów i makijażu, więc nikt nie zwracał na nich większej uwagi. 
- Pewnie mam bałagan.. – zaśmiał się Linder otwierając drzwi i wpuszczając młodszego przed sobą.
- Nie powinienem cię nachodzić, pewnie też jesteś wykończony. A ja się chamsko wprosiłem. Wybacz. Po prostu.. – przerwał na chwilę, ale potem kontynuował - Nie mam dokąd pójść – powiedział cicho zdejmując czapkę, spod której wyskoczyły jasne nastroszone włosy. Zaczął miętolić ją w rękach.
- I tak bym nie zasnął, tylko pewnie jeszcze coś wypił, obejrzał mecz, czy coś innego. Cieszę się, że będę miał towarzystwo.
- Na prawdę? – spojrzał na niego i w jego oczach pojawiła się odrobina radości.
Linder kiwnął z uśmiechem. Poszedł szybko do salonu. Zanim Yohio wszedł za nim, zdążył trochę ogarnąć. Włączył tv i poszedł po kieliszki do wina. 
Kiedy wrócił Yohio stał na środku pokoju i patrzył na telewizor, w którym właśnie pokazali powtórkowe urywki z festiwalu. Zobaczyli siebie i kawałek występu. Yohio zaczął drżeć i schował twarz w dłoniach. Na ekranie pojawił się zwycięzca i rozbrzmiał jego utwór. Linder skrzywił się nieco i wyłączył telewizor, potem postawił kieliszki na stole i podszedł do przyjaciela. 
- Sorry, zapomniałem, że teraz to gorący temat.. Już dobrze.. – objął go – Powiem ci, że świetnie wyglądałeś na żywo – dodał radośnie po chwili, chcąc jakoś rozluźnić atmosferę. 
- Co się ze mną dzieje? Nie mogę tego znieść, pogodzić się z porażką..
- Co ty gadasz?! Przecież to niebyła żadna porażka! Nawet tak nie myśl.. – odparł stanowczo.
Młodszy pokręcił głową, nadal chowając twarz w dłoniach. Linder wziął jego twarz w swoje dłonie. Była taka drobna, a on sam wyglądał jak zagubione, wystraszone dziecko, łzy spływały po jego policzkach. Yohio opuścił ręce luźno. Uciekał wzrokiem, bo nie potrafił spojrzeć Linderowi w oczy.
- To był najlepszy występ. Jest ci przykro, to naturalne, ale nie możesz mówić o porażce. Jak tak mówisz, to i nas oceniasz tak, jakbyśmy zawalili.. Uważasz, że Fredrik zawalił? Albo Warcus?
Yohio pokręcił głową.
- To może ja? Bo ty na pewno nie.. 
- Nie.. Byłeś świetny.. Jak zawsze.. – powiedział słabym głosem i w końcu zmusił się, by spojrzeć na Lindera.
- Więc to na pewno nie była żadna porażka. A Robin nie dorównuje ci do pięt! Kto za kilka dni wydaje swój album, na który czeka mnóstwo fanów? Kogo kocha nawet Japonia? I kto potrafi nie tylko śpiewać, ale jest zajebistym gitarzystą? Bo na pewno nie Robin! - powiedział Linder pewnym głosem, patrząc na młodszego.
Z oczu Yohio znów poleciały łzy. Rzucił się na szyję Linderowi, dusząc go swoimi chudziutkimi ramionami. Linder objął go i poklepał delikatnie po plecach. Młodszy nagle odsunął się od niego odrobinę i pocałował go w usta. Linder był w szoku, ale nie ruszył się. Przez chwilę nawet nie drgnął. Yohio wtulił się w jego szyję, a on poczuł łzy, które ciągle wydobywały się z jego oczu.
- Dziękuję.. – wyszeptał prawie niesłyszalnie Yohio. 
Linder dalej trzymał go w objęciach, teraz przyciskając nieco mocniej do siebie. Kochał go od dłuższego czasu, ale to było tylko jego uczucie, o którym nikt, poza nim, nie wiedział. Nigdy się z tym nie zdradził. Patrzył i cierpiał, kiedy młodszy, z pewnością nieświadom niczego, w formie żartu i zabawy, podchodził do innych i ich dotykał, przytulał, całował w policzek. Nawet podczas dzisiejszego występu z Fredrikiem i Warcusem. Linder zawsze był z boku, jako przyjaciel, pomocnik. Był wdzięczny, że może być blisko młodego i tylko móc na niego patrzeć. Oglądać jego uśmiech, wygłupy, słuchać jego głosu, śpiewu. Nigdy nie wyobrażał sobie nawet, jakby to było, móc go pocałować, przytulić, ale nie tak, jak przyjaciela. Czy tym razem Yohio też sobie żartuje? Może to tylko forma odreagowania? Może nawet nie jest świadomy tego co robi? Teraz nie był w stanie się nad tym zastanawiać. Cieszył się chwilą. Nawet jak ma potem tego żałować, on, czy Yohio, po prostu pozwoli tej chwili trwać. Stali tak dłuższy czas. Linder w pewnym momencie pomyślał, że młodszy zasnął. 
- Jestem z ciebie dumy. Poważnie. Kolejny raz dowiodłeś, że jeśli się chce, można osiągnąć wiele.. – powiedział cicho Linder, odsuwając się powoli od niego. Yohio wyglądał nieco lepiej, ale jego oczy wciąż były smutne – Choć, napijmy się. Musimy wznieść swój własny toast. Nie ważna jest Eurowizja, ani wynik konkursu. My świętujemy teraz twój sukces. Jest nim zdobycie największej ilości głosów! To jest coś.. Sam jeden rozwaliłeś ich wszystkich, miałeś ponad 50% notów! Wow! – zaśmiał się podchodząc do stolika. Otworzył wino i nalał do kieliszków. Potem jeden z nich podał przyjacielowi.
Yohio usiadł obok niego na kanapie, ręką otarł policzki i wziął kieliszek. Spojrzał na Lindera. 
- Powiedziałbym, napijmy się za Heartbreak.. ale to nie brzmi za dobrze – uśmiechnął się – Bynajmniej, nie życzę nam złamanych serc. Więc.. wypijmy za.. nowy album, który niedługo się pojawi?
- Za przyjaźń i miłość.. – powiedział i podniósł swój kieliszek wznosząc toast, a potem napił się. 
- Też dobry pomysł – uśmiechnął się i wypił trochę wina.
Yohio oparł głowę na zagłówku kanapy. 
- Chce ci się spać? – bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie.. – odparł i wolną ręką zaczął skubać, poszczępiony na kolanie, materiał spodni Lindera. 
Leżące na stole telefony wydały z siebie kilka dźwięków.
- Pewnie ktoś dodał wpis, na którymś z portali.. – skomentował Linder zerkając na swój telefon.
Yohio wypił na raz zawartość kieliszka, odstawił go, a potem sięgnął po telefon. Nie czytając komentarzy, po prostu go wyłączył.
- Nie chcę teraz o tym myśleć, ani czytać tego, co napisali. Jutro to zrobię. Nie mówmy o konkursie, ok? – powiedział, znów opadając na kanapę, tym razem nieco bliżej przyjaciela. 
Zabrał mu telefon i odłożył na bok.
- Spoko.. W takim razie o czym chcesz rozmawiać? Albo co chcesz robić? – zapytał i spojrzał na młodszego, który mu się przyglądał. Zdał sobie sprawę, że mogło to zabrzmieć nieco dziwnie, więc zaraz dodał – Może chcesz obejrzeć jakiś film.. 
- Nie.. – odparł i uśmiechnął się lekko, ciągle na niego patrząc. Dotknął dłonią jego twarzy – Zawsze jesteś przy mnie.. Od samego początku. Pewnie masz mnie dość, a ja ci się wpraszam i narzucam nadgodziny.. 
- Jeśli o mnie chodzi, to jestem pracoholikiem.. Mógłbym te nadgodziny brać codziennie, bez przerwy. 
Yohio uśmiechnął się znów. 
- Cieszę się, że cię mam Lin – odparł i przytulił się do niego. 
- Tak.. Zawsze do usług. 
- A jak tam Camilla? Dlaczego nie przyszła dzisiaj?
- Camilla?
- No, twoja dziewczyna.
- Aa..Nie jesteśmy razem, już prawie od roku.. – powiedział i skrzywił się lekko, na myśl o tym beznadziejnie nieudanym związku.
- Ojej.. przepraszam.. nie wiedziałem.. – był zmieszany, naprawdę nie wiedział o tym – Więc kto teraz jest tą szczęściarą? 
- Nikt. Nie mam nikogo. Nikt mnie nie kocha – zaśmiał się Linder, choć w sumie zrobiło mu się żal.
- Niemożliwe.. – Yohio podniósł się odrobinę tak, że jego twarz znajdowała się teraz naprzeciwko twarzy Lindera.
- Ale to prawda.
- Wcale nie.. Ja cię kocham Lin. Zawsze i na zawsze – uśmiechnął się. 
- Oczywiście.. - odparł, ale nieco mało przekonującym tonem.
- Nie wierzysz mi? – zapytał z szalonym uśmieszkiem, a kiedy Linder wzruszył ramionami, pocałował go.
- Co robisz? – zapytał odsuwając od siebie młodszego.
- Udowadniam, że mi zależy.. 
- Ale jesteś nieco pijany.. więc.. nie chcę, byś potem tego żałował.. rozumiesz.. – miał wrażenie, że tylko on jest teraz na tyle trzeźwy, by nagle zacząć przejmować się tym, jakie głupie jest to, co robią. Nie mógł wykorzystać go, pijanego, by zaspokoić swoje pragnienie i miłość. Nie mógł też słuchać, jak mówi, że go kocha, choć tak naprawdę były to tylko puste słowa. Przynajmniej tak myślał.
- Nie chcesz mnie, tak? Nie jestem pijany.. – powiedział stanowczo i odsunął się od niego. 
- To nie tak.. ja.. Mi naprawdę na tobie zależy.. Chyba aż za bardzo. Dlatego nie chcę byś teraz zrobił coś.. Bym ja coś zrobił, czego potem ty będziesz żałować i za co mnie znienawidzisz.. – powiedział i teraz to on miał nieco przygnębioną minę.
- Nie znienawidzę, nigdy.. – odparł poważnym głosem, dotykając jego twarzy i zmuszając by na niego spojrzał.
Linder zawahał się, ale patrząc na Yohio poczuł, że musi to zrobić. Zbliżył się do niego, jedną ręką dotykając jego policzka i przyciągając jego twarz bliżej. Wbił swoje usta w jego, całując go z pasją. Yohio jęknął cicho pod wpływem nagłego dreszczu, jaki przeszedł jego ciało. Lin położył go delikatnie na kanapie, nie przerywając pocałunków. W pewnym momencie jednak, zawahał się i wisząc nad młodszym, spojrzał na niego.
- Czy ty naprawdę tego chcesz? – zapytał z nadzieją w oczach. I wręcz błagał, by nie był to żaden żart. Nie mógł znieść tej niepewności. 
- Chcę.. – odparł młodszy i przyciągnął go do siebie całując w usta, policzek, a potem przytulając go do swojej szyi. 
Lin pocałował ją delikatnie, a potem poderwał go do góry. Uśmiechnął się i ruszył z nim w stronę sypialni. Yohio objął go mocno. Czuł się bezpiecznie, dobrze i niewyobrażalnie szczęśliwie. Nie sądził, że ten dzień może jeszcze okazać się udany.
- Kocham cię Lin.. – powiedział, kiedy ten położył go w swojej ciemnej sypialni, w chłodnej pościeli. 
Lin nie odpowiedział, tylko zaczął go całować, wkładając powoli rękę, pod jego bluzkę. 
Yohio uśmiechnął się i zamknął oczy, poddając całkowicie dotykowi Lina.

10/29/2013

YAOI: Co nas nie zabije, to nas wzmocni [Kamijo x Zin]

Tytuł: Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Gatunek: yaoi, romans
Para: Kamijo x Zin (Solo/Versailles x Jupiter)

       Ostatnie tygodnie były tak ciężkie, że w tej chwili zastanawiam się, jak to możliwe, że jeszcze żyję, że jestem w stanie funkcjonować, nie mówiąc już o wywiadach, nagraniach i koncertach. Chociaż… Chyba wiem dlaczego wciąż mam siłę by to wszystko ciągnąć. Odnalazłem w końcu spokój, szczęście. I kto by pomyślał, że w kimś, komu przyklejono dopisek „największy wróg Kamijo”.
       Było po 20. Kamijo szybkim krokiem zmierzał do redakcji, gdzie nagrywano kolejny odcinek Jupiter Channel. Dzisiaj miał być w nim gościem specjalnym. Był strasznie podekscytowany, nie tylko tym, że znów zobaczy się z Hizakim, że będzie miał okazję z nim porozmawiać, że rozreklamuje swój singiel, ale głównie dlatego, że po raz pierwszy od dłuższego czasu, spotka się bezpośrednio z Nim.
Chłodny wiatr był coraz bardziej uciążliwy, szczególnie pomiędzy wysokimi budynkami, gdzie przybierał na sile. Naciągnął kołnierz płaszcza, chcąc zasłonić zmarznięte uszy. Wieczory i noce były ostatnio coraz chłodniejsze. Odetchnął z ulgą kiedy wreszcie znalazł się wewnątrz budynku. Wszedł do windy i nacisnął przycisk odpowiedniego piętra.

      Tyle razy próbował mu pokazać co czuje. Sprawić, by zauważył, że nie jest mu obojętny. Ale on jak na złość zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Czasem nienawidził go za to i przeklinał siebie, i to chore uczucie, które w nim rosło z każdym dniem. Miał ochotę podejść i zdzielić go po tej ślicznej buźce, z której nigdy nie potrafił wyczytać jego myśli, emocji, niczego. Miała wiecznie identyczny wyraz.
Zin, jak możesz tak mnie katować?! Czy ty jesteś ślepy? Czy nagły rozgłos i wybicie się poprzez Jupiter, całkowicie cię zamroczyło i nie jesteś w stanie dostrzec tak oczywistych rzeczy? – pomyślał i westchnął.
Naprawdę go nie znosił. A im bardziej go nie znosił, tym bardziej go pożądał i popadał w tą paranoję, że musi go mieć.
Nie sądził, że jest w stanie tak zwariować na czyimś punkcie. On? Książę wampirów, Róża Wersalu, Kamijo, nie dostał tego, czego chce?! Jakie to żałosne. Żałosne i tak cholernie irytujące. Jak na niego patrzy to sam już nie wie, czy go bardziej kocha, czy nienawidzi. A ten tylko się lekko uśmiecha, mówi cześć i zaczyna nawijać o głupotach, które jego wcale nie obchodzą!

      Podróż windą zdawała się ciągnąć w nieskończoność, ale wreszcie wyszedł z niej i podążył za światłem. W całym budynku panował półmrok, tylko na końcu korytarza, w ostatnim pomieszczeniu było jasno. Usłyszał śmiech i głosy kilku różnych osób. W jednej rozpoznał Hizakiego. Znał go już tak długo, że jego głos i śmiech rozpoznałby wszędzie. Ale oprócz niego dotarł do niego nieco cichszy i mniej pewny siebie głos Zina. Zatrzymał się na chwilę. W tym momencie zaczął się zastanawiać nad tym, czy dobrze wygląda, czy zrobi dobre wrażenie kiedy tam wparuje. Zrobił kilka kroków w tył i przystanął przed wiszącą na ścianie półką z gaśnicą. Szklane drzwiczki odbijały w sobie jego twarz. Było ciemno, więc mógł się w nich przejrzeć. Poprawił rozburzone przez wiatr włosy i spojrzał na okulary słoneczne, które miał w ręce.
- Kamijo-san! – usłyszał nagle pisk. Hizaki rozbiegł się i zatrzymał dopiero na nim, obejmując go.
- Cześć Hi-chan – uśmiechnął się.
- Co się tak czaisz w mroku, hm? – zerknął na niego z wielkim uśmiechem.
- Jak przystało na księcia ciemności – odparł radośnie – Wyłaniam się z mroku… Dobrze cię znów widzieć.
- No tak, tak – pokiwał i machnął ręką – Ciebie też, chodź, bo zaraz zaczynamy – pociągnął go za sobą.
Kamijo szybko rzucił ostatnie spojrzenie w szybkę, na swoje odbicie, a potem zerknął na Hizakiego.
Ubrany w sukienkę, którą nosił podczas występów z Jupiterem, wyglądał jak zawsze bosko i słodko. Brakowało mu trochę jego towarzystwa. Zrobiło mu się jakoś cieplej na sercu i na kilka sekund zapomniał o swoich rozterkach. Jednak gdy weszli do środka pomieszczenia i jego oczom ukazała się ta znienawidzona buźka, miał ochotę się wycofać.
- Kamijo-san… - Zin poderwał się z krzesła.
Dwóch facetów i charakteryzatorka zerwało się i podeszło przywitać. Potem ona zaczęła poprawiać i tak już idealny wygląd Himzakiego, a jeden z gości przygotowywał kamerę.
- Miło cię znów widzieć – kontynuował Zin i wyciągnął do niego rękę na powitanie.
- Mi również – Kamijo skinął i uścisnął mu dłoń. Był strasznie spięty, a mina Zina, o której przed chwilą myślał, wcale mu nie pomagała – Jak idą nagrania? Czytałem ostatni wywiad, wypadliście świetnie… - zaczął głupią gadkę, której tak nie znosił.
- Całkiem dobrze. Dziękujemy. Twoja premiera też już niebawem. Nie mogę się doczekać.
Kamijo, który odwracał od niego wzrok jak tylko mógł, na jego ostatnie słowa spojrzał mu w oczy.
- Naprawdę? – zapytał zdziwiony.
- Oczywiście. Wszyscy na to czekamy.
No jasne. Wszyscy czekają. Czego on się spodziewał? Że zaraz padnie mu w ramiona i powie, że nie może się doczekać premiery, że chciałby by zaśpiewał to tylko dla niego? Parsknął w myślach i znów uciekł wzrokiem. Jak on go nie znosi… Kolejny raz przez myśl przemknęła mu chęć zrobienia mu krzywdy. Tak. Związać, zakneblować i robić co się chce… Uśmiechnął się odruchowo, ale zaraz zganił się za te myśli. Co on wyprawia?! Do reszty mu odbiło!

      Zaczął się program. Z początku przed kamerą występowali tylko Zin i Hizaki, ale w końcu przyszła pora i na niego. Siedział z boku oglądając ich, a tak naprawdę tylko jego i czekał jak na ścięcie. Dobrze, że miał okulary słoneczne, które od razu jak zaczęli kręcić założył, to chociaż nie widzieli jego twarzy. Domyślał się, że wygląda fatalnie, po prostu to czuł. W dodatku on znów nie zwracał na niego uwagi. Wszystko co mówił, robił, każdy żart, uśmiech, Kamijo interpretował po swojemu, a potem, jak zwykle, spotykał go zawód, że wcale nie jest tak, jak myśli.
Ale kiedy kamerzysta skinął, że wchodzi i usiadł między Zinem a Hizakim, poczuł przypływ nowej nadziei.
      Dyskutowali o jego singlu i karierze solowej, ale najbardziej spodobał mu się motyw, kiedy razem z Zinem miał przywitać się z fanami mówiąc swoje słynne: Bonjour.
Zinowi nie wychodziło to najlepiej, ale on był oczywiście tak wspaniałomyślny, że zrobił mu przyspieszony kurs prawidłowego mówienia tego najpiękniejszego, wróć, jednego z najpiękniejszych słów. Ostatecznie wyszło im całkiem nieźle. Zadowalająco. Będzie musiał z nim kiedyś przećwiczyć to ponownie, ale to już na osobności.
Zin zaczął się śmiać i Kamijo dostrzegł małą zmianę na jego twarzy. Minimalną, ale on już tak długo na niego patrzył, że dla niego była ona wyraźna. Czyżby Zin się cieszył? Chociaż w jego przypadku może to oznaczać też coś innego.
Zmarszczył brwi, czego na szczęście nikt nie widział, dzięki okularom. Jak on je kocha! Są doskonałym kamuflażem, idealne na każdą okazję. Nie rozstawał się z nimi.

      I wszystko byłoby względnie dobrze, znośnie, gdyby nie kolejny, genialny pomysł fanów. W Jupiter Channel mieli oni możliwość pisania wiadomości do uczestników programu, na odpowiedniej stronie. Ci czytali to na bieżąco i mogli, jeśli mieli ochotę, na to zareagować. Pośród mnóstwa pozdrowień z całego świata, wyznań jak to bardzo kochają Hizakiego, jaki on jest śliczny, jak kochają Kamijo, Zina nieco mniej, ale też trochę, pośród tych wszystkich pierdół, były też prośby, by coś zaśpiewali, powiedzieli, tak jak z tym „bonjour”.
I na (nie)szczęście, któryś z fanów podał pomysł, by Kamijo przemienił Zina w wampira. Najpierw przeszedł go dreszcz i zdębiał. Zaśmiał się nieco nienaturalnie, ale zgodził się to zrobić. Zerknął na Zina, który był chyba jeszcze bardziej zmieszany niż on.
Żeby zmienić go w wampira musiał go ugryźć w szyję. Ale czy naprawdę ma to zrobić? Czy ma tylko udawać, że to robi?
Kamera nagrywa, on zbliża swoje usta do jego szyi i po raz pierwszy od dawna nie wie co robić. Zmysłowy zapach bijący od jego skóry, przyspieszone bicie serca Kamijo, którego miał nadzieję, że nikt nie słyszy, doprowadzają go do szaleństwa. W kilka sekund musiał podjąć decyzję, otrząsnąć się i co najgorsze przygotować na ostateczne wyzwanie. Musnął lekko jego szyję, mając nadzieję, że nie podskoczy i nie zwieje jak cnotliwa panienka. Odsunął się od niego z uśmieszkiem i oznajmił, że teraz on musi napić się krwi wampira, by przemiana się dokonała. Mina Zina była w tej chwili bezcenna. Tak, to niespotykane i powinno się to uwiecznić, ale niestety trwało to tylko kilka sekund, bo Zin spojrzał na niego przerażony i w głębokim szoku. Zaraz doskonale to ukrył za swoją standardową maską bez większych emocji. Widać było, że też nie wie co robić. Po chwili dopiero zaczął się zbliżać do Kamijo, pochylać nad jego szyją.
Wcześniej myślał, że to będzie zabawne, chciał mu zrobić na złość, zmuszając go by to zrobił, ale teraz żałował tej decyzji jak niczego w życiu. Na wszystkie róże świata! Czując jego niespokojny oddech na swojej szyi, a potem ciepłe, miękkie wargi, muskające jego skórę, ledwo się powstrzymał, by nie rzucić się na niego tu i teraz, nie zważając na to, że widzi ich kilka setek tysięcy ludzi. Jego serce znów mało nie wyskoczyło z piersi. Zin odsunął się zaraz od niego z lekkim uśmiechem na swojej kamiennej masce.

Tylko spokojnie, Kamijo, to jest program na żywo, nie możesz zrobić niczego głupiego…
Kamijo! Ogarnij się w końcu, zanim ktoś coś zauważy!

Resztę programu przesiedział jak na szpilkach, starając się nie patrzeć, jeśli nie musiał, w stronę Zina. Na koniec przytulił Hizakiego, który przysunął się do niego. Musiał coś zrobić, bo by chyba zwariował.
Hizaki cieszył się z tego jak zawsze. Tęsknił za przyjacielem. Cała trójka pożegnała się z fanami. Kamera została wyłączona. Odetchnął z ulgą.
- No to koniec. Szkoda, bo było fantastycznie! – zaśmiał się Hizaki – Będziemy musieli to kiedyś powtórzyć! – dodał potem.
Kamijo spojrzał na niego z chęcią mordu, ale nie mógł tego dostrzec. Niezawodne okulary przeciwsłoneczne.
- Ja już będę leciał, bo muszę jeszcze podjechać na jedno spotkanie. Mam nadzieję, że niedługo się spotkamy, tak prywatnie Kamijo. Zaniedbujesz przyjaciół. Nie robi się tak - zganił go.
- Wybacz Hi-chan. Obiecuję się poprawić. Jak tylko znajdę czas…
- Jak tylko znajdę czas... – powtórzył i pokręcił głową. Podszedł do Kamijo i uściskał go – Trzymaj się i do zobaczenia, kiedyś tam. Na razie Zin.
- Ty też. Pozdrów chłopaków – pożegnali się i Hizaki wyszedł.
Obsługa programu zajmowała się sobą, żegnając ich tylko szybko. Też chcieli się już zwinąć stamtąd i wrócić do domów.
- No to chyba na mnie też czas… - odezwał się Zin – Jeszcze muszę wpaść na chwilę do studia.
- Do studia? – zapytał Kamijo. Studio było po drodze do jego domu.
- Tak. Muszę zabrać stamtąd teksty i płytkę z nagraniami Teru.
- W takim razie chodźmy. Też idę w tamtą stronę. Poza tym, dawno nie byłem w naszym starym studio – dodał z nutką smutku w głosie.
Zin skinął tylko i wyszli razem. 

Na początku nic nie mówili, ale w końcu Zin odezwał się pierwszy.
- Przepraszam cię Kamijo. Zdaję sobie sprawę, jak ludzie to wszystko odbierają… - powiedział nie patrząc na niego.
- Za co mnie przepraszasz? – nie bardzo rozumiał, o co mu chodzi.
- Było Versailles, ludzie was kochali, tzn. kochają nadal… - zmieszał się – Teraz jest Jupiter, czterej członków Versailles i jeden nowy. To wstrząsające, że wszyscy są razem, tylko ciebie tam nie ma. Za to zastępuje cię ktoś inny. Mówi się, że chcę przejąć twój zespół. Przykro mi, że musisz przez to przechodzić i znosić komentarze ludzi.
- Nie obchodzi mnie to, co mówią inni. Poza tym. Razem z Hizakim wydaliśmy już oświadczenia na ten temat – powiedział.
Doszli do studia i zeszli na dół do piwnicy.
- Że mnie nienawidzą to jakoś znoszę, ale nie chcę by ciebie spotykały przez to nieprzyjemności…
- Nie martw się, nic mi nie będzie – dodał i uśmiechnął się lekko. Spojrzał na Zina. Stali sami, w ciemności, bo żaden nie sięgnął do włącznika, by zapalić światło. Kamijo przysunął się do niego, stając tuż przy nim.
- Mówią, że próbuję cię wygryźć, zastąpić. Ale to nie prawda. Przecież ciebie nie da się skopiować, ani podrobić… - mówił, a Kamijo w tym czasie przysunął swoją twarz do jego. Dzieliła ich minimalna odległość – Ja chcę tylko dobrze wykonywać swoją pracę… - kontynuował Zin, nadając jak katarynka.
- Och, zamknij się już… - powiedział cicho i pocałował go – Naprawdę lubisz się nade mną znęcać. Albo nie widzisz, albo tylko udajesz, że nie wiesz co się dzieje – dodał i spojrzał mu w oczy – Miałbym cię nienawidzić, bo tak chcą ludzie? – zapytał – Przyznaję, że czasem cię nie znoszę, ale nie dlatego, że grasz z chłopakami, tylko dlatego, że jesteś taki ślepy. Cieszę się, że cała czwórka jest w jednym zespole i że znaleźli takiego świetnego wokalistę, jak ty. Ci co chcą doszukiwać się jakiś spisków i tak będą to robić, niezależnie od tego co my zrobimy. Nie mam czasu ani chęci jeszcze tym się zajmować. Jest tyle lepszych, przyjemniejszych rzeczy… - ostatnie zdanie dodał ciszej, zatapiając twarz w szyję Zina i składając na niej pocałunki – Szaleję za tobą Zin. Jestem chory, tracę rozum i nie potrafię normalnie funkcjonować przez ciebie… - wyszeptał mu do ucha, muskając je lekko. Jego dłonie dotknęły bioder Zina. 
Kamijo popchnął go lekko do tyłu, tak, że oparł się o wielki wzmacniacz, prawie na nim siadając. Jedną dłonią podparł jego plecy, nie pozwalając upaść do tyłu. Druga dłoń zaczęła sunąć w górę po udzie młodszego. Kamijo nie mógł się powstrzymać, czekać ani chwili dłużej.
- Ka… Kamijo – wydyszał Zin w pewnym momencie, kładąc dłoń, na dłoni Kamijo, która nagle znalazła się niebezpiecznie blisko jego krocza. Ledwo mówił, z trudem łapiąc oddech.
Kamijo zatrzymał się i spojrzał na niego niepewnie. Do tej pory nie bronił się przed jego dotykiem, a nawet miał wrażenie, że odwzajemnia jego pocałunki i pragnie więcej, mimo, że nie okazywał tego zbyt wyraźnie.
- Nie tutaj… - wyszeptał w końcu Zin, otwierając oczy, które wcześniej przymknął i opierając czoło na czole starszego.
Kamijo uśmiechnął się kącikiem ust i pocałował go.
- Chodźmy do mnie – zaproponował za chwilę Zin, oddech nieco mu się uspokoił.
- Byle szybko – rzucił Kamijo z szalonym uśmieszkiem i wziął go za rękę, wyciągając ze studia. Szybko zamknął drzwi i schował klucze w stare umowne miejsce, które doskonale pamiętał.

      Razem z Zinem poszli do niego, nic nie mówiąc po drodze. Zin trzymał mocno jego dłoń. Znaleźli się w końcu za zamkniętymi drzwiami. Kamijo od razu przywarł do niego, blokując go pomiędzy sobą a ścianą. Pocałował go z utęsknieniem, dobierając się do zamka jego kurtki.
Zin ośmielił się nieco kiedy znalazł się w swoim mieszkaniu. Dotknął po raz pierwszy w życiu twarzy Kamijo, zdejmując mu okulary i odwzajemniając jego pocałunki.
Obaj zaczęli pozbawiać się zbędnych w tym momencie ubrań, nie przerywając pocałunków i kierując się w stronę sypialni. Kamijo złapał Zina za uda, podnosząc do góry i kładąc na łóżku. Sam zawisł nad nim i uśmiechnął się.
- No to teraz dokończymy to, co zaczęliśmy – powiedział z uśmieszkiem – Jesteś pewien, że chcesz zadzierać z wampirem? – zapytał całując jego ciało od szyi, poprzez pierś, brzuch, schodząc w dół i pieszcząc dłońmi jego skórę na podbrzuszu i udach. Całował ją, zaznaczając momentami językiem.
Ciało Zina wygięło się w łuk. Otworzył lekko usta i powiedział głuche „tak”. Dotknął znów twarzy kochanka i przyciągnął ją do swojej, całując żarliwie. Obaj oddawali się pieszczotom, oddychając coraz szybciej. Kamijo wsunął dłoń między jego uda, gładząc ich wewnętrzną część i sunąc nią w górę. Rozchylił je i zaczął dotykać jego męskości. Kiedy czuł, że nadszedł odpowiedni moment, ciałem młodszego wstrząsnęły dreszcze, gdy doszedł, wszedł w niego delikatnie. Zin jęknął cicho, ale Kamijo zamknął mu usta pocałunkiem. Poruszając się powoli, a potem coraz szybciej, sprawił, że obaj zapomnieli o całym świecie.

- Teraz dopiero będę znienawidzony – powiedział cicho Zin, przytulając się do jego gorącego, wilgotnego ciała.
- Zajmę się nimi, jak powiedzą lub napiszą na ciebie złe słowo… - pocałował go w czoło, gładzą po plecach – Nie pozwolę nikomu cię ranić. Tylko ja mogę się na ciebie wściekać.
Zin zaśmiał się.
- Dlaczego miałbyś się na mnie wściekać? – zapytał radośnie odgarniając kosmyki włosów z twarzy kochanka.
- Bo niestety twoim hobby zdaje się być dobijanie mnie, w rozmaity sposób. Nieświadomie, jak mniemam, robisz to od samego początku.
- Ale ja nie chcę cię dobić. Czemu miałbym to robić. Kocham cię Kamijo – powiedział szczerze i spojrzał na niego.
- Kochasz mnie? – zapytał śmiejąc się - A to dobre… - pokręcił głową z rozbawieniem.
- Nie wierzysz mi? – odezwał się po chwili i podniósł na ręce. Teraz to on wisiał nad starszym. Patrzył w jego brązowe oczy, które teraz były wyraźnie zaskoczone – Udowodnię ci to, skoro mi nie wierzysz – dodał potem i pocałował go namiętnie, przesuwając dłoń powolutku po jego boku, na biodro i udo, a potem zatrzymując się nad jego przyrodzeniem. Drażnił go tym dotykiem, znów wpędzając w obłęd.
- Jesteś demonem. Złem wcielonym Zin… Jeszcze ci mało? - powiedział ciężko Kamijo i objął go zmuszając by znów się położył z boku – Nie powinieneś nazywać się Zin tylko Zło… - dodał.
Zin znów zaczął się śmiać.
- Zwariuję przez ciebie – powiedział Kamijo, kładąc się na plecy i patrząc w sufit – Wykończysz mnie za pierwszym razem.
Zin położył się na jego piersi i patrzył w twarz.
- Nie mam zamiaru wykańczać cię od razu – odparł – Kogo wtedy będę droczył? – zapytał bawiąc się kosmykami jego włosów – Myślałem, że tylko się mną bawisz, że do każdego tak zagadujesz… - odezwał się później. Kamijo leżał z zamkniętymi oczami – Nie sądziłem, że ty możesz coś do mnie czuć. Wmawiałem sobie, że mi się wydaje.
- A ja, że wcale mi nie zależy… - odpowiedział i otworzył oczy zerkając na niego – Za każdym razem widziałem tylko tą samą minę. Jak ty to robisz? Masz coś nie tak z mimiką? Nie da się ciebie rozgryźć.
- To mój kamuflaż – wzruszył ramionami z uśmiechem – Muszę chociaż sprawiać pozory, że jestem twardy, silny i pewny siebie.
- Przede mną nie musisz udawać – powiedział dotykając twarzy młodszego – Kocham cię. Nie znoszę, czasem mam ochotę zamordować, zakneblować, zamknąć gdzieś, ale kocham jak nikogo innego w życiu.
W oczach Zina zakręciły się łzy. Pocałował go czule, a potem położył głowę na jego piersi i przytulił się.
- To będzie trudne - westchnął po chwili.
- Mam to gdzieś. Teraz już nie dam ci spokoju - powiedział spokojnie, znów przymykając oczy i głaskając plecy ukochanego.
- Ja wcale nie chcę spokoju. Chcę byś mnie gdzieś zamknął, niekoniecznie zakneblował… Nie lubię nic nie mówić.
- Zauważyłem – zaśmiał się Kamijo – Jesteś niemożliwy... A zamknąć cię nie mogę, bo Hizaki wydrapie mi oczy swoimi pazurami. W ogóle i tak mi je wydrapie jak się dowie.
- On już wie - odpowiedział Zin spokojnie, jak gdyby nigdy nic.
- Słucham? – aż podskoczył i siadając na łóżku zerknął na Zina, który też się podniósł i siedząc obok niego przecierał oczy. Widać, że był zmęczony i chciało mu się spać, ale mimo to uśmiechał się.
- Wie, że mi się podobałeś i możliwe, że już się domyślił. Miał jak to nazwał „wybadać sytuację” – uśmiechnął się i spojrzał na niego.
- Nie wierzę. On wiecznie musi wsadzać ten śliczny, księżniczkowy nos w nie swoje sprawy… - mruknął zakładając ręce.
- Jesteś zły? To chyba dobrze, że wie i cieszy się z tego? – zapytał niepewnie.
Kamijo westchnął ciężko i przytulił go do siebie.
- Nie jestem zły. I tak by się dowiedział, bo jemu nic nie umknie. Jest przebiegły jak lis, cwany i spostrzegawczy jak… - chciał powiedzieć coś mądrego, ale był na to zbyt zmęczony – Co jest cwane? – zapytał go i zaczął się śmiać – Nieważne. Hizaki to Hizaki.
- I to ja dużo gadam, tak? – uśmiechnął się wtulony w niego.
- Zdecydowanie. I zarażasz tym mnie – powiedział z uśmiechem. Położył się układając młodszego przy sobie i nakrył ich pościelą. Pocałował go czule, widząc, że już prawie śpi – Dobranoc Zin.
- Dobranoc Kamijo – powiedział już na wpół śpiąc.

      Kamijo uśmiechnął się na ten widok i zasnął tuląc go do siebie i zachwycając jego zapachem. To będzie początek czegoś nowego, pięknego. O ile się prędzej nie pozabijają. Ale jak to się mówi… Co nas nie zabije, to nas wzmocni. A w jego przypadku, jest pewien, że chodzi o tę drugą opcję.

Obserwatorzy