Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty

11/27/2015

Japonia




          Japonia, Nihon, Nippon, 日本. 
Kraj Kwitnącej Wiśni, w którym tak naprawdę wszystkie owoce wiśni pochodzą z importu. Drzewka wiśniowe zwane sakura, są tylko ozdobnymi drzewami, nie dającymi owoców. Japonia każdemu kojarzy się z pięknymi kimonami, sushi, najnowocześniejszą technologią i robotami albo też trzęsieniami ziemi. Państwo leżące we wschodniej części Azji, położone na wyspach Pacyfiku, na styku płyt tektonicznych oddalone od Polski o 8 595 km (po linii prostej z Warszawy do Tokio). Stolicą kraju jest Tokio. 


Nazwa "Japonia" zapisana w kanji 日本 oznacza Kraj Wschodzącego Słońca (日 – słońce; dzień 本 – korzeń; pochodzenie, początek). Wcześniejszą nazwą Japonii, nadaną przez ludność zamieszkującą jej ziemie było Yamato. Nazwa Nihon - Japonia, została nadana Japonii w drugiej połowie VII wieku.

Językiem obowiązującym w Japonii jest oczywiście japoński, jednak wraz z biegiem czasu, pojawiają się w nim zapożyczenia z innych języków, w szczególności z angielskiego i niemieckiego, przekształcane w taki sposób by ułatwić wymowę Japończykom. 
Japońskie zdania formowane są w nieco innym szyku do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni, a mianowicie (SOV-Subject Object Verb) podmiot-dopełnienie-orzeczenie, a nie jak w większości krajów europejskich podmiot-orzeczenie-dopełnienie (SVO). Na przykład po japońsku nie powiemy dosłownie Byłem w Japonii, tylko Ja w Japonii byłem.


Pismo japońskie wywodzi się z pisma chińskiego. Składa się z trzech systemów pisania (znaków) - dwóch sylabariuszy, tj. hiragana i katakana oraz znaków chińskich kanji, zapożyczonych na grunt japoński. Sylabariusze to coś na wzór naszego alfabetu, jednak poszczególne znaki nie zawsze oznaczają pojedynczą literę, częściej sylaby. Np. pierwszy sylabariusz hiragana:
Oba sylabariusze zawierają po 48 znaków. Podczas nauki znaków, a także później przy zapisie zwrotów, bardzo ważne jest odpowiednie stawianie kresek. Każda część znaku powinna być rysowana w odpowiedniej kolejności. Rysowanie ich jak się chce może spowodować, że znak będzie nieczytelny, ale bardzo często takie zachowanie jest traktowane nagannie. To tak, jakby u nas robić ciągle błędy ortograficzne. Czasem sens jest zrozumiały, ale rażą w oczy i utrudniają czytanie. Podobnie jest z kolejnością pisania.
Kanji jest znacznie trudniejsze do zapamiętania i pisania. Samo czytanie znaków jest nieco zagmatwane. Są to dużo bardziej skomplikowane znaki. Tutaj również ważne jest by pisać je poprawnie, według wzoru. Każdy ze znaków posiada w sobie podstawowy, charakterystyczny element zwany kluczem. Dzięki niemu można określić przynależność danego znaku do grupy, w której się znajduje, co ułatwia też odnajdywanie znaków w słowniku.

Znaki mają dwa rodzaje czytań. Pierwsze z nich to czytanie sinojapońskie, tzw. on-yomi. Jest to zapisane przez Japończyków ze słuchu oryginalne (mocno zniekształcone) czytanie znaku. Czytania on-yomi są krótkie, 1-2 sylabowe. Drugi rodzaj czytania to czytanie japońskie, tzw. kun-yomi. Jest to czytanie czysto japońskie, które Japończycy dołączyli do znaku. Wynika to z faktu, że treści wyrażone znakami miały już swoje odpowiedniki w języku japońskim.
Np. znak oznaczający wodę: 水
Po chińsku czyta się go shu ǐ . Japończycy usłyszeli go jednak inaczej i nadali czytanie sui. Jest to właśnie on-yomi. Ale mieli już w swoim słowniku słowo oznaczające wodę mizu. I to jest właśnie czytanie kun- znaku 水. Możliwości czytań zarówno on- jak i kun-yomi jest wiele. Czasem jeden znak posiada kilka czytań. Wynika to z rozwoju słownictwa, zmian w użytkowaniu znaków. Pismo japońskie zmieniało się na przełomie setek lat i nadal się zmienia. Nawet jeśli ktoś pozna wszystkie kanji, których jest niecałe 2 tysiące :) to nie może powiedzieć, że opanował je zupełnie, bo ciągle pojawiają się nowe lub stare są modyfikowane.
Te dokładnie 1945 najczęściej używanych znaków kanji zostało wpisane na listę jouyou kanji - czyli kanji codziennego użytku. Gazety i inne pisma oficjalne maja wytyczne, by ograniczać się tylko do nich, a w przypadku użycia znaku spoza tej listy - podać jego czytanie. Oprócz tego, Ministerstwo Sprawiedliwości zatwierdziło dodatkowe 285 znaków, które mogą być użyte w imionach i nazwiskach - jinmeiyou kanji.

Walutą w Japonii jest jen (JPY). Jeden jen to około 0,032 zł. Wydawać by się mogło, że skoro to taka niewielka część naszej waluty, to za kilka złotych zawojujemy w Japonii. Nic bardziej mylnego. Ceny wynoszą tam od kilkuset, do kilku milionów jenów. Są oczywiście i większe, ale podstawowe produkty kosztują 500-3000 jenów. Np. chleb 169 jenów, batonik czekoladowy to około 130 jenów, pomidor 80 jenów, woda 100, a piwo 280 jenów.
Za wynajem pokoju 4-osobowego w pobliżu Tokio trzeba liczyć około 2400 jenów. Noclegi dla jednej osoby są bardzo drogie.
Przekąski sprzedawane na ulicach, straganach kosztują od 500 jenów w górę, w zależności od rodzaju, wielkości porcji. Japończycy bardzo często jedzą poza domem, dlatego oferty lokali i ich gama jest bardzo szeroka.


Japonia to kraj o najmniejszym wskaźniku przestępczości. Podróżni są tam bardzo mile traktowani, a Japończycy chętnie służą pomocą, są bardzo honorowi, więc chcąc nam np. pokazać drogę do danego punktu, są w stanie rzucić wszystko co robili, aby wypełnić zadanie jaki im daliśmy.
Niektóre zachowania, poglądy, czy nawet rozrywka, mogą być dla nas - Europejczyków - niezrozumiałe, wręcz dziwaczne. Należy jednak pamiętać, że to zupełnie inna kultura, osobowość ludzi, wychowanie i podobnie jak oni mogą uznawać nasze zwyczaje za nienormalne, tak i nas zaskakuje np. to, że ludzie masowo przebierają się za ulubionych bohaterów gier i komiksów, nawet dorośli czytają mangi i oglądają anime, Japończycy lepią bałwana z dwóch kul zamiast 3, podczas jedzenia chlipią i mlaskają, co uznawane jest za grzeczne, kłaniają się na powitanie, mają podgrzewane toalety z opcją słuchania muzyki :)
Takich ciekawostek jest całe mnóstwo, ale każda z nich choć czasem dziwaczna, sprawia że ma się coraz większą ochotę pojechać do Japonii i osobiście przekonać się jak to jest.

11/22/2013

Woodstock



           Robiłam ostatnio porządki w zdjęciach i trafiłam na te z Woodstocku. Pomyślałam, że podzielę się z Wami moją opinią na temat tego wydarzenia. Zdania są podzielone. Ludzie mówią, że to zbiorowisko brudasów, narkomanów, itd. inni nie mogą doczekać się kolejnych koncertów...

W tym roku miałam okazję być tam po raz pierwszy. Chciałam pojechać tam już rok wcześniej, kiedy to jedną z gwiazd był zespół Sabaton, który bardzo lubię, ale nie udało się. W każdym razie teraz pojechałam i jestem z tego mega szczęśliwa. 

Szczerze mówiąc na początku miałam pewne obawy. Z opowiadań znajomych, z internetu, wiedziałam, że to takie koncerty na dziko. Nie jestem jakoś specjalnie wymagająca jeśli chodzi o wygody, ale cóż, każdy chciałby mieć dostęp do kibla i wody, nie? Tym bardziej, że to środek wakacji, duże temperatury, itd.
Bałam się właśnie tego, że zastanę straszny syf, nie będzie się gdzie umyć, że ogólnie się zawiodę i będę chciała wracać. A warto tutaj dodać, że pochodzę z południa Polski i żeby dojechać do Kostrzyna nad Odrą, gdzie miał miejsce 19. Przystanek Woodstock, musiałam przejechać ponad 400 km, więc nie byłoby możliwości tak po prostu wrócić. 
Jechałam ze znajomymi i chłopakiem samochodami i byliśmy na miejscu już w środę. Koncerty zaczynały się od czwartku i trwały do soboty. 
Dobrze, że przyjechaliśmy szybciej, to znaleźliśmy fajną miejscówkę by rozbić obóz. Ale od początku...


Kostrzyn to niewielkie miasto i właściwie nawet się tam nie wjeżdża, bo całe to pole, na którym organizowany jest Woodstock, to ziemia z byłego poligonu wojskowego, ogromne pola około 4 km od miasteczka. Wszystko jest otoczone lasami. 

Zajechaliśmy na parking, strzeżony, na którym zostawiamy auto. Później z rzeczami idziemy drogą przecinającą las. Jest ona teraz zamknięta przez policjantów, na czas koncertów zrobiono objazd i zamknięto tę część by ułatwić życie i kierowcom i Woodstockowiczom. 

Już wychodząc za las, kiedy moim oczom ukazały się konstrukcje namiotów sklepowych, barów, namioty ludzi, tak wiele różnych osób, kolorów, byłam pod wielkim wrażeniem. Wszyscy uśmiechnięci, jakby nikt nie miał problemów, niczym się nie przejmował, po prostu cieszył tym, że może tam być z przyjaciółmi, że nikt ich nie ogranicza, nie krytykuje. Mijamy wioskę motocyklową, gdzie można pooglądać najróżniejsze okazy motorów. Jakoś się tym nie interesuję, ale niektóre były naprawdę niesamowite. 
Przechodziliśmy też obok strefy sanitarnej. Plac wysypany żwirem, drewniane podesty przy kranach, pod którymi przyczepiono wanny. Takie prowizoryczne, wielkie umywalki. Wokół nich mnóstwo ludzi. 
Nasz obóz był niedaleko właśnie tej strefy. Blisko to kranów, toitoików i Wioski Kryszny. 

Pierwszy dzień minął nam na zwiedzaniu, rozpoznaniu terenu, tego co gdzie jest. Nie spodziewałam się, że to miejsce będzie takie wielkie, rozległe. Żeby przejść z jednego końca na drugi naprawdę trzeba trochę czasu. Atrakcji jest tyle, że nie jest się w stanie być wszędzie. 
Wszystkie miejsca, strefy były niesamowite. Chodziłam ciągle zdumiona tym, jak to wygląda w rzeczywistości. Całe szczęście nie z otwartą buzią xD Ale było to coś niesamowitego. Ciągle cieszyłam się jak durna.

Duża scena. Robi wrażenie. Potężna konstrukcja, telebimy i morze ludzi. Na zdjęciu poniżej widok za dnia. Tu akurat ludzi jest jeszcze MAŁO... xD Najwięcej było wieczorami, kiedy to odbywały się największe koncerty.

Za chwilę będzie zdjęcie sceny w nocy... ^^ Spokojnie xD

Ale idźmy dalej... W środę część atrakcji jeszcze kończono rozkładać, bo całe życie zaczynało się tam od czwartku. Większość jednak już była gotowa. Namioty WOŚP, strefy allegro i play, polowy market Lidl, było tam dosłownie wszystko! Sklepiki z pamiątkami, gadżetami, koszulkami, płytami, jedzeniem i piciem. Czego dusza zapragnie. 

Na przeciwko dużej sceny, tzn. spory kawałek dalej, pnie się górka, pod którą trzeba się wdrapać by dojść do namiotów ASP i małej sceny. Poniżej widoczek z góry na dużą scenę ^^ W nocy wygląda to jeszcze lepiej. Niestety sama aparatu nie miałam :( musiałam sępić by kolega robił fotki i później by mi je przesłał, więc nie wszystko mam udokumentowane, a szkoda xD

Tam organizowane były spotkania z różnymi znanymi osobami, m.in. Kubą Wojewódzkim, Arturem Andrusem, a nawet kabaretem Limo. 

Wokół oczywiście morze namiotów, obozów, stworzonych przez ludzi, którzy przyjechali tam by się bawić. Setki flag, transparentów, które tworzyły charakterystyczne punkty obozowisk i ułatwiały odnalezienie się w terenie :) Nasz obóz też odnaleźliśmy tylko dzięki takim "masztom". Zastanawia mnie to, skąd i jak niektórzy ludzie wzięli praktycznie całe drzewa, oczywiście ogolone z gałęzi i liści, z których robili ogromne pale pod flagi. Ok są wokół lasy, ale chyba nikt tam nie przyjeżdża z piłą motorową? xD A może... W każdym razie innej opcji nie wymyśliłam xD

Kolejnym ważnym, ciekawym punktem, poza oczywiście strefą Calsberg, strefą piwa xD, jest Pokojowa Wioska Kryszny.
Tam również znajdowała się scena. Całość ogólnie w klimacie indyjskim. Sklepy, w których mogliśmy kupić ciuchy indyjskie, kadzidełka, świeczki, biżuterię, rozmaite rzeczy, ale też... zjeść sobie, przygotowane przez panie w pięknych sari, danie. Pierwszego dnia zjedliśmy jakieś fastfoody, ale później przez te 3 dni jedliśmy u Kryszny xD 
Powiem Wam, że całkiem dobre było to jedzenie. Fakt, że codziennie to samo, ale już mówię jak to wyglądało... Na plastikowym, dużym talerzu dostawało się ryż curry, polany sosem z warzywami i (o ile się nie mylę) kotlecikami sojowymi, pieczywo jakieś takie dziwne z przyprawami (takie chrupkie placuszki) i dziwną bliżej nieokreśloną sporą gałkę deserku(?) Było to podawane na ciepło, miało marchewkowy posmak, konsystencję jak starta marchewka z biszkoptami xD i smakowało całkiem nieźle, z tym że doszukałam się tam RODZYNEK... A że nie cierpię ich, nie jadłam tego i później nawet nie brałam. 
Zabawna akcja była, kiedy za drugim razem poszliśmy po to jedzenie i widzę jak miła pani w sari chce mi ładować ten deserek. Mówię więc "tego nie chcę" na szczęście gestykulując przy tym xD a ona patrzy dziwnie na mnie i po angielsku pyta, czy dać mi w takim razie więcej ryżu lub pieczywa xD Ja wielkie oczy, ale powiedziałam grzecznie po angielsku "nie dziękuję" i przez kolejne 15 minut otrząsałam się z tego. BYŁAM PEWNA, ŻE TO PRZEBRANI POLACY xDDD 
Za 3 razem już wiedziała, że tego nie chcę xD 
Ogólnie to jedzonko było bardzo dobre, zapychające i taki wielki talerz kosztował 8 zł, czyli nie tak dużo. 

Codziennie z tejże wioski, 2 razy, rano i wieczorem, wyruszał taki kolorowy wózek, widoczny z resztą na zdjęciu wyżej. Wtedy jakiś starszy Hindus siedział na górze i machał do ludzi xD Jacyś inni ciągnęli wózek wzdłuż ulicy. Tancerki w sari tańczyły i śpiewały przed nimi. Piosenka banalna w kółko te same słowa, ale co by nikt się nie pomylił, na scenie w wiosce też ją śpiewano, o tam wybranych porach, a na ekranie nad sceną puszczano napisy xD Hare Kryszna Hare Kryszna Kryszna Kryszna Hare Hare, Hare Rama Hare Rama Hare Rama Hare Hare xD Bardzo trudny, ambitny tekst... xD

Inne atrakcje:
Jak wiadomo koncerty odbywają się na początku sierpnia. Temperatury są naprawdę wysokie. W tym roku na polu odnotowano temp. około 34 stopni... Całe szczęście, że była tam straż (i przystojni strażacy xD), którzy ciągle jeździli w okolicy dużej sceny i polewali teren wodą, rozpylając mgiełkę na ludzi. 
To nie tylko miało nas ochłodzić, ale też zapobiegało pyleniu, bo jak wiadomo pod sceną na ziemi jest suchy piach, a jak taki tabun ludzi się przewija, to ciągle unosi się on w powietrzu. 
Zraszano więc całe pole i ludzi. Nie było tam błota, bo były to odpowiednie ilości wody. Ale tak przyjemnie było poczuć deszczyk (sztuczny bo sztuczny, ale jest) i się ochłodzić. Później wymyśliłam sobie swój własny xD Nalewając wody z kranu do butelki i dziurawiąc korek. Ale była radocha! xD


Oczywiście czymże byłby Woodstock bez błota! 
Niedaleko dużej sceny, w przygotowanym specjalnie miejscu był właśnie taki błotny basen ^_^ 
Usypane wokół wały zapobiegały wypływaniu wody dalej, a na środku znajdowała się pionowa rura, z której wylatywała woda tworząc taki wodny grzybek ^^
Ile ludzie mają z tego radości, to jest nie do opisania. Sama też się bawiłam z koleżankami i kolegami, jak dzieci xD Nikt się nie przejmuje tym, że będzie mokry, brudny, jak wygląda w tej chwili. Liczy się genialna zabawa w danym momencie :D Sporo ludzi angażowało się w akcje podobne jak na tym zdjęciu :) Zabawa przednia i nie do opisania. 


Atrakcją byli też sami ludzie, którzy wpadli na świetne pomysły i poprzebierali się w jakieś stroje xD
Na zdjęciu Slenderman xD Jak go zobaczyłam, to najpierw odskoczyłam na bok i uczepiłam się chłopaka, a potem zaczęłam się śmiać. Machał tymi długimi łapami, w których chyba miał patyki, lub coś sztywnego. Wyglądało to genialnie xD 
Inni przebierali się za jakieś zwierzątka (musiało być im naprawdę gorąco w polarowych kostiumach) np. ślimaka, tygrysy, krokodyle, misie i różne inne. 
Widziałam też bohaterów anime. Za rok jak pojedziemy, też chcemy się całą ekipą za coś przebrać xD

Przez te wszystkie dni na górce budowano Wielkiego Woodstockowicza, ze skrzynek po piwie. Dopiero w sobotę został ukończony i wieczorem zaprezentowano go w całej okazałości ^_^


Wyglądał super, szczególnie podświetlony, ale mi by się nie chciało go budować, tylko po to, by zaświecić na te kilkanaście minut pokazu, a potem rozbierać xD Był naprawdę sporych rozmiarów, z resztą na 1 fotce widać przy nim samochód xD

Na koniec obiecany widok na dużą scenę: 
To akurat zostało zrobione przed koncertem zespołu Antrax o ile się nie mylę. Coś pięknego w każdym razie.

Ogólnie po spędzeniu tam 5 dni nie miałam wcale ochoty wracać. Zleciały one tak szybko, że nawet się nie nacieszyłam, nie zobaczyłam wszystkiego. 
Moje obawy były niepotrzebne, bo z umyciem się nie było żadnych problemów. Krany sprawdzały się świetnie, a były też płatne prysznice. Raz poszłam tam nawet i zamiast za 7 zł weszłam za 4, bo jakieś dziewczyny odsprzedały mi swoją wejściówkę xD Na Woodstock nie jedzie się samemu, a jak ma się czas i dobrą, zgraną ekipę można to jeszcze lepiej zorganizować i budować sobie własne prysznice polowe. Ja chodziłam się myć z koleżanką lub chłopakiem. Wtedy przy kranie mogli mnie po prostu zasłonić, mogłam się rozebrać i umyć, ale raz byłam też w stroju kąpielowym. Jak się chce to się coś wymyśli, to żaden problem. 
Toitoi'e były czyszczone kilka razy dziennie, było ich tak dużo, że również nie było problemu z tym, by załatwić się w normalnych warunkach. 
Jak na tak wielkie skupisko ludzi, bo naliczono nas tam podobno ponad 450 tys. osób xD, to warunki, poziom tego sanitarnego zaplecza był jak dla mnie spory. I oczywiście jak na pole namiotowe za free. Nie zapominajmy że tam może przyjechać każdy i nic nie płaci za nocleg, wodę, kibel, koncerty. W cenie są wyższe standardy, np. zamknięte pole namiotowe, prysznice no i oczywiście jedzenie, chyba że ktoś ze sobą zwiezie cały zapas, ale to głupota, bo mamy tam Lidl.
O nim też warto wspomnieć, bo był to doskonale zaopatrzony polowy market, w którym codziennie można było kupić świeże, pieczone na miejscu bułeczki xD Dacie wiarę? xD
Fakt kolejki jak za komuny xD ale my chodziliśmy na zakupy o 1-2 w nocy i nie staliśmy w nich wcale xD 
Z takich innych istotnych punktów jakie były przydatne, to miejsce do ładowania telefonów, które zapewniała strefa Play. Pod wielkim dachem, w cieniu, można było poleżeć i podładować telefon. Ładowarki do wypożyczenia też mieli. Miejsca sporo, jak ja byłam to nikomu nie brakowało :)

Nie wiem co tu jeszcze pisać. Może macie jakieś pytania? I tak uważam, że się rozpisałam jak głupia xD Wybaczcie jeśli przynudzałam. Mogłabym tak pisać i pisać xD
Podsumowując... Woodstock to niesamowite wydarzenie, którego nie da się oddać słowami. Tam trzeba być i przeżyć to osobiście, by móc prawidłowo ocenić. Ludzie niezwykli, mili, każdy pomagał drugiemu. 
Zapas wspomnień, przygoda jaką można przeżyć, obrazy, doznania, muzyka, nowe znajomości, to tylko część tego, co przywiozłam do domu ^^ 
Chcę tam z powrotem i mam nadzieję, że w przyszłym roku też uda mi się pojechać. 

PS: Większość zdjęć zamieszczonych w notce jest moja, tzn. kolegi xD kilka znalazłam na google.

2/07/2013

Jak? Egipsko :) Czy warto pojechać w to miejsce?

 

     Z uwagi na to, że nie każdy ma okazję być w Egipcie, chciałabym napisać co nieco na ten temat. Może komuś przyda się to, co napiszę, jeśli ma zamiar się tam wybrać. Jeśli nie to i tak warto poczytać, choćby z ciekawości. 

     Ogólnie jest to dziwaczne miejsce, bo albo jest przepięknie, albo jest paskudnie. Naprawdę! Czasem to piękno wręcz sąsiaduje z ohydnym widokiem i psuje wtedy cały urok. 
     Pierwsze co od razu rzuca się w oczy to... śmieci. Niestety. Egipt, a szczególnie stolica - Kair to bardzo brudne miejsce.  
Przykład pobocza z kolorowymi dodatkami :) Zdjęcie może mało wyraźne, bo robione z autobusu.

     Jedziemy w Kairze autostradą (piękną, nowoczesną, szybką, godną wielkiego, bogatego miasta) a pomiędzy pasami jezdni, na tzw. pasie zieleni (chociaż tutaj to określenie nie pasuje totalnie) pomiędzy krzaczkami, które ledwo zipią, widzimy dosłownie wszystko. Woreczki, torebki, puszki, kartony.. o__o Nie mam zdjęcia, bo to raczej nie za ciekawy widok, znacznie gorszy niż ten na zdjęciu wyżej.
     Wyjeżdżając poza miasto, gdzie nie ma już praktycznie nic poza piachem i pojedynczymi roślinami (sporadycznie jakiś domek), nie zapominamy o śmieciach. W miasteczkach typowo turystycznych dzieją się podobne rzeczy. Na terenie hotelu jest oczywiście pięknie, czysto, mnóstwo różnych roślin, zero śmieci. Ale za murami (i to w większości przypadków) niczym okopy, usypane są worki. Czasem od strony najmniej widocznej z drogi, ale jednak rażąco niebieskie worki rzucają się w oczy...
To jest dla mnie niezrozumiałe.. Im to nie przeszkadza..? 

     Innym przykładem zestawienia brzydki-piękny, może być sposób budowania. Znów tu jako przykład podam Kair. 
     Tam widać to jak na dłoni. Obok cudownej willi, jakiegoś bogatego urzędnika (zapewne), pnie się w górę wielorodzinny budynek z ciemnej cegły (na zdjęciu może nie widać za dobrze, ale jest on za tą willą). W oknach kartony, na dachu sterczą druty. Dlaczego? Są one szkieletem konstrukcji domu i zostawia się je po to, aby syn który się ożeni, dobudował sobie pięterko i tam zamieszkał z rodziną.
I też zostawia druty dla przyszłego pokolenia.. Takich budynków jest tam mnóstwo. 
Tym biedniejszym ludziom musi być dopiero ciężko. Patrzą przez okno na inne życie, którego nigdy nie doświadczą. 

Uwaga na handlarzy! 
Bardzo często, podczas spacerowania, czy po miastach, czy nawet pod piramidami, zaczepiają nas różni ludzie, chcący coś nam sprzedać. Od jakiś pamiątek, po zdjęcie na wielbłądzie. Należy być ostrożnym, bo zdarza się tak, że nawet jeśli obejrzymy coś, a potem będziemy chcieli zrezygnować z kupna, oni nie dadzą nam spokoju.. Byłam świadkiem takiej sytuacji, kiedy pani została zaczepiona przez handlarza czapkami, chustami, itd. Dał jej on do przymierzenia jeden z kapeluszy. Ona obejrzała, ale uznała, że go nie chce. W tym momencie handlarz stwierdził, że skoro ona go wzięła, to znaczy, że kupuje i ma zapłacić. Tacy sprzedawcy, nie są najczęściej sami, bo obok jest mnóstwo innych straganów i nagle wszyscy oni mają nas za "złodzieja". Tej kobiecie pomógł rezydent, ale kiedy by go zabrakło, musiałaby zapłacić.. 
 Na zdjęciu podejrzani sprzedawcy spod piramid :)

Podobnie robią z wielbłądami. Mówią coś typu: "Wsiadaj, za free możesz pojechać" A kiedy ktoś wsiądzie, to go nie zdejmą jak nie zapłaci (takie akcje najczęściej dzieją się właśnie pod piramidami). Naprawdę trzeba uważać, bo robią co chcą. Nie tylko "Polak potrafi. Jak widać w Egipcie też nie brakuje pomysłowości.

Beduini? 
     Nieco inaczej sobie ich wyobrażałam (nie tylko ich, ale to za chwilę). Siedzą sobie zaszyci pośród suchych skał, z dala od cywilizacji, miast, wszystkiego. Ale... tam również nie brakuje śmieci. Ciekawe skąd oni to wszystko biorą (no bo śmieci się same z siebie nie tworzą). Skoro nie mają nic, nawet domów, bo mieszkają w lepiankach lub namiotach, skąd biorą TAKIE śmieci..? 
W wiosce beduinów. Ich "domy i podwórko". Biedne dzieci żyją w takim otoczeniu...

   Nie, że jestem jakąś wielką ekolożką, ale ludziee... Jak tak można? Kozy i wielbłądy pasą się na takim podwóreczku, jedzą śmieci, a ludzie piją od nich mleko.. o__O
Najlepsze, że zatrzymaliśmy się tam na herbatę (z jakiś super rzadkich ziół), nie powiem dobra była, ale nie w tym rzecz. Podchodzi do nas młodziutka beduinka (mogła mieć z 14 lat) w czarnej szacie (czyli zamężna), widać jej tylko oczy. Handluje ona... chińskimi koralikami i bransoletkami. No comment.
     Dodatkową atrakcją były wyczyny egipskich kierowców po pustyni między skałami itd. To jak oni jeżdżą, nie tylko po pustyni... Masakra. Jak na torze wyścigowym. Nie ważne, że jedzie z kilkoma turystami. Wjeżdża pod prąd by być przed kolegą u celu. Teraz wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy...

Muzeum Narodowe w Kairze
     Osobny akapit, nie ma co. Cóż... Może najpierw zdjęcia:
 Jak widać "ludź na ludziu" Wszędzie. Nie da się tam zrobić zdjęcia, na którym nie byłoby obcych :)
      Samo muzeum jakoś specjalnie nie urzeka. Wewnątrz to czego można się spodziewać. Najgorsze jest to, że nie ma klimatyzacji, a jest ogromne. Pootwierane okna nie dostarczają za wiele świeżego powietrza. Straszny hałas, bo w tym samym czasie muzeum odwiedza kilka wycieczek z różnych państw. W momencie gdy idzie się za swoim przewodnikiem (który niesie tabliczkę z nazwą biura podróży nad głową, by nie pogubić po drodze turystów) słyszy się nie tylko jego, ale kilku innych. Mix językowy i w rezultacie nic się nie wie :)
Co jakiś czas grupa jest liczona, bo w takim ścisku i tłumie bardzo łatwo się zgubić. Wewnątrz nie można robić zdjęć.
Muzeum jest elementem wycieczki po Kairze, więc zwykle każdy tam trafia. Ale nastawcie się na stanie w kolejce przy wejściu, saunę w środku i hałas. Ale możecie usłyszeć rozmaite języki wewnątrz. I zobaczyć wiele ciekawych lub mniej ciekawych rzeczy, oczywiście.
W Kairze miałam okazję zobaczyć muzeum/sklep papirusów i przy okazji pokaz jak się je tworzy. Fantastyczny był rejs po Nilu, wtedy właśnie pokazano nam piękne wille i domy z ciemnej cegły :) Tam też zwiedza się meczet. Jest wiele atrakcji (nie pamiętam już nawet po kolei co gdzie było, możliwe że coś pominęłam), więc polecam bardzo.


Piramidy
     Czymże byłby Egipt bez piramid. Jako, że byłam w Sharm El Sheikh, czyli po arabskiej stronie Egiptu, to do Kairu i piramid miałam kawał drogi. Ale przecież nie można być w Egipcie i nie widzieć piramid.
Podróż autokarem była straszna (dla mnie tym bardziej, biorąc pod uwagę moją chorobę lokomocyjną, którą mam tylko w autobusach). 8 godzin męki. Ale chociaż przejechałam się pod kanałem sueskim, długaśnym, podwodnym tunelem (nie to co w Danii, ale jednak). Po zwiedzeniu Kairu przyszedł czas na piramidy.
Zawsze wyobrażałam sobie to tak, że jedzie się na pustynię, a na niej otoczone piaskowymi wydmami pną się do nieba te jedyne w swoim rodzaju cuda świata.

Okazało się że jest trochę inaczej :) Otóż do piramid z miasta jest, jak to się mówi? "Rzut beretem"? 
Tu macie widok na sfinksa i.. widok na Kair. Po sąsiedzku.

     Dziwnie to wygląda na żywo. Ale na zdjęciach nikt tego nie pokaże. Bo każdy robi piramidki, sfinksa i okolicę w stronę, gdzie faktycznie jest pustynia :) Na miejscu do obejrzenia same piramidy, sfinks i opcja wejścia do środka piramidy, w której nic nie ma (raczej nie polecam, szkoda czasu, lepiej pooglądać dokładniej wszystko na zewnątrz).

Dahab i Blue Hole 
     To zdecydowanie najlepsza rzecz (zaraz po safari i jeździe wściekłym wielbłądem) jakiej tam doświadczyłam. Blue Hole to, po prostu jak nazwa mówi dziura. Bardzo głęboka dziura.
Dojechaliśmy tam właśnie na wielbłądach, ci którzy mieli stroje kąpielowe, maski i buty do pływania (tak, to jest niezbędny element stroju do pływania, ze względu na rafy) mogli popływać i pooglądać niesamowite zjawisko jakim jest ta dziura.
Tak wygląda Blue Hole z góry. Coś pięknego.

Zanim dodam podsumowanie, pokażę Wam kilka podwodnych fotek.
Jeśli macie taką możliwość, warto zabrać ze sobą (poza butami do pływania) aparat, do robienia zdjęć pod wodą.



To by było na tyle. 

    Ogólnie do Egiptu poleciałabym kolejny raz, ale raczej nie pojadę znów pod piramidy. Tym razem chciałabym zobaczyć Luxor i Aswan.  

     Podsumowując, polecam każdemu. Jak tylko nadarzy się Wam okazja - jedźcie. Pamiętajcie tylko o tym, że  Egipcjanie nie znają niemieckiego. Można się z nimi dogadać po angielsku, rosyjsku, ale nie po niemiecku :) W moim hotelu w Sharm animatorzy znali nawet trochę polski. Tzn. może "znali" to za mocne słowo. Potrafili powiedzieć: kochanie, dobrze, dziękuję, chodź. I puszczali piosenkę "Bania u cygana do rana" (nie wiem jaki to ma oryginalny tytuł) Wymiękałam za każdym razem kiedy to puszczali, zaczynali śpiewać właśnie te słowa.
Niesamowita przygoda, doświadczenie i wspomnienia na całe życie - tak bym określiła czas tam spędzony.

Obserwatorzy